Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wycieczka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wycieczka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 lutego 2018

Fuertaventura – zdjęcia z urlopu cz. 1

Jak już wcześniej Wam wspominałam, styczniowy urlop spędziłam na Fertaventurze. To już druga z Wysp Kanaryjskich, którą udało mi się odwiedzić – w marcu zeszłego roku byłam na Teneryfie. Fuerta jednak bardziej mi się spodobała, głównie ze względu na niezaludnioną przestrzeń, wybrzeże, krajobraz. Oto pierwsza część moich ulubionych zdjęć z wyjazdu:

Północna część wyspy – błękitna woda, wydmy w parku przyrody, pustynny krajobraz:






Centralna i zachodnia część wyspy – ogrody z kaktusami i aloesem, klify i kamienista plaża:








PS. W końcu nadszedł czas na Instagram :) @paryska88

środa, 27 lipca 2016

Madera - zdjęcia z wyjazdu i wrażenia (cz. 2)

Oto druga porcja zdjęć z majowego urlopu na Maderze. W pierwszej części pokazywałam wam przede wszystkim jak zróżnicowany był krajobraz. Dzisiaj z kolei przedstawię trochę widoków miejskich oraz bogactwo roślinności.


Stolica Madery, Funchal, jest całkiem sympatycznym miasteczkiem. W centrum znajdziemy starówkę, port, wiele parków.



W pamięci zapadła mi uliczka z oryginalnymi malunkami na drzwiach. Które drzwi na zdjęciu są otwarte? :)



Bardzo podobała mi się wizyta w ogrodzie botanicznym, gdzie można było oglądać nie tylko kwiaty i drzewa, ale również oryginalne kaktusy.



W Funchal istnieje też dzielnica hotelowa, która żyje własnym życiem. Mieści się na niej promenada nadmorska, restauracje, sklepy oraz oczywiście hotele. 



Mniejsze miasteczka na Maderze są niezwykle kameralne i spokojne. Na każdym kroku można znaleźć malownicze zaułki.



Wszędzie można też napotkać bananowce :) 



Tak jak pokazywałam Wam w pierwszej części relacji, większość urlopu była spędzona na łonie natury. Maderę zapamiętam jako zieloną, górzystą wyspę z wspaniałą roślinnością i klimatem. Jeśli szukacie przyjemnego miejsca na urlop i lubicie naturę to zdecydowanie polecam Maderę.

sobota, 2 lipca 2016

Madera – zdjęcia z wyjazdu i wrażenia (cz. 1)

W maju tego roku spędziłam bardzo przyjemny tydzień. Wyjazd został poświęcony w całości Maderze, gdyż obcowanie z naturą, z dala od miejskiego zgiełku lubię najbardziej.


Madera to niewielka wyspa na Oceanie Atlantyckim – należy do Portugalii, ale jej położenie jest na wysokości Afryki, choć dość daleko od wybrzeża. Lotnisko na Maderze należy do jednych z najniebezpieczniejszych na świecie – pas startowy jest umocowany na palach na oceanie. Po jednej stronie pasa jest woda, a po drugiej zbocze góry.



Tę notkę poświęcę krajobrazowi Madery, który jest naprawdę imponujący – wszędzie są strome góry. Wschodnia część (na zdjęciu) to porośnięte zielenią zbocza.



Podobnie jak Sycylia (relacja z wyjazdu: część 1 i część 2), Madera nie jest wyspą dla plażowiczów – brzeg to zazwyczaj skały lub strome klify.



Na dużych wysokościach, gdzie klimat jest surowy, żyją wolno wypasane owce przystosowane do takich warunków.



Zachód posiada skaliste tereny z mniej przyjaznym dla wegetacji klimatem. 



Widok prawie jak na Wielki Kanion :)



Znaleźć się ponad chmurami nie siedząc w samolocie – niesamowite przeżycie :)



Madera to wspaniałe miejsce do wędrówek – wiele tras prowadzi wzdłuż lewad, czyli kanałów nawadniających. Chciałabym jeszcze kiedyś wrócić na Maderę, już z odpowiednim ekwipunkiem typu buty trekkingowe czy plecak, by całość wyjazdu poświęcić wędrowaniu na różnych trasach.

To tyle tej notce. Za jakiś czas dodam drugą część relacji, gdzie pokażę Wam nieco więcej roślinności Madery i okolicznych miasteczek. 

A Wy macie jakieś zrealizowane lub planowane podróże w tym roku?

poniedziałek, 9 maja 2016

Poznawanie Anglii: Woburn Abbey, Bedfordshire

Jakiś czas temu pisałam Wam, że jednym z moich ostatnich postanowień było to, by wolne dni wykorzystywać na krótkie wypady w ciekawe miejsca w Anglii. Najczęściej się zdarza, że kiedy mam wolne to po prostu zostaję w domu, robię trening, wychodzę z psem i nadrabiam zaległości „domowe” typu zakupy spożywcze lub sprzątanie. I tak nie wiadomo kiedy mija dzień.

Jednak czasem naprawdę warto się nieco wysilić, ogarnąć wszystko szybko, zaplanować ciekawą wycieczkę i wyruszyć gdzieś. Takie dni zapadają w pamięć i dążę do tego, by było ich w moim życiu coraz więcej.

Ostatni taki dzień spędziłam w Woburn Abbey. Woburn to wieś w Bedfordshire, w którym znajduje się posiadłość Woburn Abbey wraz z ogrodami i rezerwatem jeleni. Sama posiadłość należy do księcia Bedford – można zwiedzać jej wnętrza, w których znajdują się historyczne eksponaty, pięknie urządzone pokoje (w tym sypialnia królowej Victorii) oraz galerie obrazów.



Jednym z najbardziej ekscytujących elementów był chyba rezerwat jeleni. Zamieszkuje go wiele gatunków, w tym te najbardziej rzadkie, np. chiński Milu. Jak widać na załączonym filmie teren Woburn Abbey jest dosłownie opanowany jest przez jelenie.





Jedyne czego żałuję, to fakt, iż zrobiłam tak mało zdjęć i nagrań, w dodatku jedynie telefonem. Na następną wycieczkę zdecydowanie przygotuję się lepiej i zrobię lepszą fotorelację. Mimo to chciałam się tym krótkim wypadem z Wami podzielić. Postanowiłam, że stworzę sobie takie archiwum wycieczek, by mieć cenną pamiątkę. A przy okazji będę takie relacje Wam pokazywać :) Dajcie znać, czy Wy też ostatnio odwiedziliście jakieś ciekawe miejsce?

czwartek, 11 lipca 2013

Lato w mieście

Korzystając z pięknej pogody postanowiłam wczoraj wybrać do jednego z terenów zielonych w moim mieście. To mój ulubiony sposób na letni wypoczynek, jeśli w perspektywie brak dalekich podróży.


Lubicie takie wycieczki wśród natury? Ja uwielbiam, bardzo mnie to relaksuje, poprawia nastrój i ładuje energią.

A żeby tej „natury” nie było za mało, to zobaczcie, jaki widok mam z okna i ogródka. Przypomina mi to stary horror Hitchcocka „Ptaki”. Oglądałyście?
 

Moje osiedle to siedlisko drapieżnych ptaków o nazwie red kite, ich skrzydła mają rozpiętość 1,5 m! Na szczęście nie są agresywne i nie atakują ludzi :)

poniedziałek, 5 listopada 2012

Szwecja i powrót do szarej rzeczywistości

Witam wszystkich w ten niezbyt przyjemny poniedziałkowy poranek :)

Wczoraj wróciłam ze Szwecji. Był to krótki wyjazd, ale za to intensywny: rejs promem z Gdyni do Karlskrony, całodzienny pobyt w Karlskronie i powrót też promem. Podzielę się z Wami kilkoma zdjęciami.

To jeszcze z terminalu z Gdyni. Statek był ogromny!

 Kabina na promie jest dość przestronna – wygląda jak mały pokoik.

Wypływamy z Gdyni, w tle widać kontenery :)

Na statku można wszędzie chodzić, najlepsze widoki są z pokładu na samej górze. Na tym zdjęciu jest 7 rano i dopływamy do Szwecji.

Z Karlskrony do Gdyni jest tylko 263 km – trochę się zdziwiłam, bo nie wiedziałam, że to tak blisko.

Na rynku głównym w Karlskronie, miasto zostało założone w XVII wieku. 

W okolicach Targu Rybnego jest malownicza zatoczka.

Targ Rybny. Szkoda tylko, że już nie można tam kupić żadnych ryb – pozostała tylko rzeźba Rybaczki.

Ach, chciałabym mieszkać w jednym z takich ceglanych bloczków. Zawsze podobały mi się takie ceglane budynki, niekoniecznie w Szwecji. Może kiedyś:)

W Muzeum Morskim. Naprawdę fajnie zrobione muzeum, można zobaczyć wszystko związane ze statkami i marynarką wojenną od średniowiecza aż po dzień dzisiejszy. Na zdjęciu galiony – rzeźby umieszczane na dziobach statków.

Na koniec pokażę Wam Björkholmen – to najstarsza dzielnica Karlskrony z małymi, drewnianymi domkami, w których mieszkali kiedyś marynarze i stoczniowcy.  

Dla mnie te domki wyglądają jak z klocków Lego. Ale naprawdę tam ktoś mieszka.

Bardzo spodobały mi się wystroje okien. W szwedzkich domach i mieszkaniach okna są naprawdę ładnie udekorowane – zazwyczaj małymi lampkami, kwiatami i krótkimi firankami.

W Karlskronie wiele osiedli położonych jest też na wysepkach. To już koniec wirtualnego zwiedzania. Mam nadzieję, że udało mi się Was zaciekawić :) 

Jest właśnie 9 rano i powiem Wam, że strasznie nie chce mi się zaczynać nowego tygodnia. Wczoraj w niedzielę jak wróciłam dopadł mnie dół, dziś jest nie lepiej ;) Pocieszam się jednak faktem, że już zrozumiałam, czego chcę w najbliższej przyszłości. Będzie się to wiązało z dość sporymi zmianami, jednak jestem na nie w pełni gotowa. Wszystko powinno się wyjaśnić już nawet w listopadzie, więc na razie nie zapeszam.
Póki co korzystam z wolnego od pracy przedpołudnia. Właśnie jem placek owsiany, zaraz ponadrabiam zaległości na Waszych blogach, a za jakieś półtorej godzinki zrobię trening z nowego planu. Jestem bardzo ciekawa, jak ten trening wyjdzie w praktyce, bo kilka ćwiczeń jest dla mnie nowych i jeszcze ich nie wykonywałam. To tyle na dziś, życzę Wam i sobie (:]) wielu sił i energii na ten tydzień!

niedziela, 29 lipca 2012

Tramwajem wodnym na Hel

Jak już wcześniej pisałam, w te wakacje z powodu pracy nigdzie nie wyjeżdżam, lecz postanowiłam chociaż weekendy spędzać na lokalnych wycieczkach.


 Dzisiaj wybrałam się tramwajem wodnym na Hel. Ulgowy bilet w jedną stronę wynosi 11, a normalny 22 zł - przy większej ilości osób dostaje się zbiorczy bilet.


 Wyruszając z Sopotu pogoda była całkiem ładna. Jeśli przyszło się na tramwaj odpowiednio wcześniej, można było zająć sobie miejsce z przodu lub z tyłu łodzi na świeżym powietrzu.


Ja nie załapałam się na miejsca na zewnątrz, ale w środku było też całkiem przyjemnie – po pierwsze nie wiał wiatr, a poza tym przez okno też mogłam podziwiać widoki :)


Dopływamy na Hel. Podróż z Trójmiasta takim tramwajem trwa około 1,5 godziny.


Na samym Helu nic ciekawego się nie dzieje – jest centrum miasteczka z knajpkami i straganami z pamiątkami, fokarium, latarnia morska, bunkry. Można też przejść na plażę na sam koniec cypla, jednak jak widać na powyższym zdjęciu – miejsce to niczym nie różni się od trójmiejskich plaż.


Czas na drogę powrotną i oczekiwanie na tramwaj wodny, który zawiezie nas z powrotem do Sopotu. W końcu przybywa, by zabrać pasażerów – jak widać nie jest pierwszej nowości, ale jeszcze jakoś pływa :)


 Podczas drogi powrotnej pogoda bardzo się popsuła – był okropny wiatr, deszcz i duże fale. Wszyscy z zewnątrz pouciekali do środka – pan na powyższym zdjęciu jest hardkorem :) Jako jedyny został na zewnątrz (z jakimś kocem na głowie) i wytrwale obserwował "sztorm" :)

Zarówno turystom odwiedzającym Trójmiasto jak i lokalnym mieszkańcom, którzy jeszcze nie skorzystali z tramwaju wodnego – polecam :) Sam Hel nie poraża atrakcyjnością, ale taki rejs to zawsze fajna odskocznia od codzienności, a bilety są w rozsądnych cenach.

A jutro znowu do pracy... :( Nie chce mi się jak cholera, ale co zrobić... Życzę Wam (i sobie też) dużo sił i pozytywnego nastroju na zbliżający się nowy tydzień!

środa, 18 lipca 2012

Sposoby na tanie podróżowanie

Jako że okres wakacyjny w trakcie, chciałabym podzielić się z Wami moimi sposobami na podróżowanie tanim kosztem. Przez 6 lat byłam studentką i podczas tego okresu prawie w każde wakacje wyjeżdżałam gdzieś za granicę. Nie były to jednak zorganizowane wycieczki z biura podróży, nawet nigdy na takiej nie byłam. Były to niskobudżetowe wyjazdy na własną rękę. Organizowałam te wyjazdy na 3 sposoby:

1) AU PAIR – byłam 3 razy wakacyjną au pair. Raz w Luksemburgu (rok 2006, zaraz po maturze) i dwa razy w Irlandii (wakacje 2008 i 2010 roku). Fajna sprawa, bo mieszka się dłużej w obcym kraju, masz wyżywienie i zamieszkanie, poznajesz kulturę, nowe osoby i ćwiczysz język, a w dodatku można jeszcze sobie trochę zarobić. Ale łatwo nie jest, najważniejsze by znaleźć fajną host-rodzinę. Wyjazdy załatwiałam sama poprzez strony internetowe z profilami rodzin.

2) AUTOSTOP – kiedyś byłam bardziej szalona niż teraz, obecnie bałabym się podróżować takim sposobem, jednak fajne wspomnienia pozostaną. W ten sposób podróżowałam (przede wszystkim z jedną koleżanką) po Polsce, byłam też w Austrii, Niemczech, Holandii, Francji, Monako i Czechach. Noclegi głównie na campingach.

3) TANIE BILETY – takim sposobem byłam na Węgrzech, bilet autokarowy do Budapesztu kosztował w jedną stronę chyba 60 zł. Nocleg u znajomej koleżanki, która była na wymianie studenckiej w Budapeszcie.

Zamieszczam kilka zdjęć z moich niektórych wojaży.

1) LUKSEMBURG 2006 - podczas pobytu au pair (tu nie zamieszczam zdjęć ze sobą, bo wyglądałam wtedy nieciekawie :))



2) Południowa FRANCJA i MONAKO 2009 - autostopem:






3) WĘGRY (BUDAPESZT) maj 2010 - autokarem: 




4) IRLANDIA (DUBLIN) 2010 - podczas pobytu au pair: 




Irlandzkie dzieciaki, którymi się zajmowałam.

Tworząc tego posta ogarnęła mnie trochę melancholia. Ostatni większy wyjazd miałam w 2010 roku (ten do Irlandii). Od 2 lat prawie nigdzie nie jeżdżę, w sumie sama nie wiem dlaczego tak się stało. Jak byłam młodsza to ciągle gdzieś wybywałam, teraz jakoś zasiedziałam się w domu. W te wakacje z powodu pracy nigdzie nie pojadę, ale chcę to w przyszłości zmienić i poznać jeszcze kawałek świata. 
Pozdrawiam Was serdecznie w to lipcowe, chłodne popołudnie!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...