Pokazywanie postów oznaczonych etykietą UK. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą UK. Pokaż wszystkie posty

sobota, 30 grudnia 2017

5 lat na emigracji - dokąd to zmierza?

Znowu czas szybko zleciał, to już dokładnie 5 lat w Anglii. Przecież dopiero co pisałam podsumowanie 3 lat. Za każdym razem dochodzę do wniosku, że miniony rok przyniósł wiele zmian, jednak dwa ostatnie lata, 2016 i 2017, były dla mnie wyjątkowe. 

W połowie 2016 roku zmieniłam pracę, mija już więc 1,5 roku odkąd pracuję w nowym miejscu. Nigdy nie przypuszczałam, że korporacyjna praca za biurkiem będzie mi sprawiała satysfakcję. Przez to półtora roku bardzo rozwinęłam się zawodowo, zdobyłam nowe kwalifikacje. Pracuję w branży, która mnie interesuje i  na stanowisku bardzo zgodnym z moimi predyspozycjami. W dodatku czasem wpadają mi wyjazdy służbowe, zarówno w Anglii jak i do centrali firmy w Monachium, więc przy okazji odwiedzam ciekawe miejsca. Zdjęcia z ostatniego wyjazdu do Niemiec:



Największe zmiany zaszły jednak w strefie prywatnej. W połowie 2017 roku rozstałam się z moim wieloletnim partnerem i mieszkam teraz sama. Czas po rozstaniu przeszłam bardzo dobrze, skoncentrowałam się na sobie i swoich pasjach, m.in. siłowni, bieganiu, diecie i moim psie. Planowałam być sama przez dłuższy czas, by cieszyć się życiem singielki. 


No właśnie, planowałam… Poznałam kogoś pod koniec lata i tak widujemy się aż do teraz. Trochę przyszło to niespodziewanie i poczułam w brzuchu motyle :) Cieszę się jednak chwilą, nie nadaję etykiet. Święta spędziliśmy razem. Czas pokaże, co będzie dalej.

Tamiza zimową porą - jedno z magicznych miejsc w mojej okolicy

I tak to moje życie tutaj płynie. Odpowiadając na pytanie z tytułu notki – dokąd ono zmierza – tutaj też zaszła zmiana, głównie w moim nastawieniu. Anglia staje się powoli bardziej moim domem niż Polska. Zaczynam tutaj trochę wrastać. Odczułam to po listopadowym pobycie w Polsce. Czułam sentyment będąc w rodzinnym kraju, jednak cieszyłam się wracając po urlopie do domu. Przestałam planować powrót do Polski, bo i tak go z roku na rok przekładałam. Zobaczymy, jak będzie dalej - póki co nadal Anglia.

niedziela, 14 maja 2017

Angielska rzeczywistość: work hard, play hard

Co roku dodawałam notkę, jak moje życie na emigracji się zmienia. Ostatnio czas tak szybko zleciał, że nawet nie napisałam podsumowania 4 lat w Anglii, a teraz już za pasem będzie 5. rok :). Jak część z Was wie, rok temu zmieniłam pracę i zdecydowałam się znowu na biurową w korporacji. Była to bardzo dobra decyzja, nadal tam pracuję i póki co nie mam planów nic zmieniać. 


Moja aktualna praca zdecydowanie nie jest monotonna, trochę też podróżuję służbowo, zwłaszcza do Niemiec.

Zmiana trybu pracy rok temu dała mi też kopa, by podziałać w innych strefach mojego życia. Oto aktualne 4 priorytety.

1. Oszczędzanie
Na początku 2017 roku postawiłam sobie pewne osobiste wyzwanie. Wyznaczyłam konkretną kwotę, którą chcę odłożyć do końca roku (a to wszystko by spełnić kolejny cel mieszkaniowy, ale póki co nie zdradzam szczegółów). Aby osiągnąć cel wyznaczony  na 2017 rok, musiałam nieco podnieść kwotę, którą do tej pory co miesiąc odkładałam. By to było możliwe do wykonania, wiedziałam, że muszę zrobić co najmniej jedną z dwóch poniższych rzeczy (a najlepiej obydwie):
a) Obniżyć miesięczne wydatki
b) Zwiększyć dochody
Już z początkiem roku udało mi się dopełnić obydwu tych rzeczy i teraz pilnuję, by taki stan rzeczy pozostawał. Nie jest łatwo, mam mniej czasu i swobody, ale satysfakcja i „wizja” wszystko wynagradza. 


Jednym z etapów planu było znalezienie lokatora do kupionego pod koniec 2015 roku mieszkania, co przeniosło je z listy moich pasywów do aktywów.


2. Fitness, jedzenie, zdrowie
Jeśli chodzi o treningi, to muszę powiedzieć, że jestem z siebie naprawdę zadowolona. Robię jak zawsze 3 treningi siłowe w tygodniu i to się nie zmienia. Jogging wykonuję 2 razy w tygodniu, ale chciałabym podnieść to do 3 razy. Moim aktualnym celem jest wzmocnienie stabilizacji i mobilności, dlatego też wplatam do treningów również ćwiczenia na te sfery. 


Jedzeniowo w ostatnich miesiącach nie było aż tak super, ponieważ co prawda jadłam w miarę wartościowo i czysto, ale mimo wszystko to nie to co kiedyś. Aktualnie wróciłam do liczenia makro i kcal, by wrócić na dobre tory.
Zdecydowałam też, że muszę większą wagę przykładać do ogólnego zdrowia. Na przykład nie zaniedbywać snu, dbać o zdrowy kręgosłup, prowadzić „higieniczny” tryb życia. Zdrowotny podpunkt jeszcze nie ma konkretnego planu, więc mam nad czym pracować.


3. Czas wolny
Mój tydzień od poniedziałku do piątku jest bardzo zajęty, rano siłownia/bieganie, potem praca, a potem jeszcze pewna dodatkowa praca, którą sobie zorganizowałam. Ostatnio kiedy nadchodził weekend budziłam się rano i byłam zagubiona już do końca dnia. Niby wolne dni, a marnowałam je na mało wartościowe czynności (np. siedząc w Internecie lub oglądając puste programy) i w niedzielę wieczorem byłam zła, że znowu weekend minął szybko, a ja nawet się nie „zresetowałam”. Teraz weekendy staram się spędzać na luzie, ale w miarę aktywnie i produktywnie. 


Pilnuję, by w każdy dzień wolny przynajmniej ok. godziny spędzać na łonie natury – spacerując i biegając z psem, robiąc zdjęcia, słuchając audiobooków. Jestem w szoku, że przez te wszystkie lata nie zauważałam dzwonków, które kwitną w lasach w kwietniu i maju.


4. Rozwój osobisty, zdobywanie wiedzy
Ten punkt nieco wiąże się z poprzednim. Wolny czas staram się też przeznaczać na rozwój w różnych aspektach. Niezmiennie wśród moich faworytów pozostaje Brian Tracy, ale dużo inspiracji i wiedzy czerpię np. od Roberta Kiyosakiego, Jacka Borowiaka, Sławka Muturi (sfera finansowa) jak i Antony’ego Robbinsa, Michała Pasterskiego (rozwój osobisty).


Co ciekawe, moje plany zakupu nowej książki Michała („Insight”) uprzedziło wydawnictwo, oferując egzemplarz recenzencki. Książka ma 700 stron i jest tak wnikliwa, treściwa i wymagająca, że nadal jeszcze jej nie skończyłam, ale już niedługo.

No i to tyle z aktualnych priorytetów. Opisałam je dość pobieżnie, więc myślę, że za jakiś czas napiszę o każdym z nich z osobna, by dać więcej szczegółów. A jakie są Wasze aktualne plany, priorytety?

środa, 30 listopada 2016

Parę zdjęć z angielskiej rzeczywistości (9)

Zapraszam Was dzisiaj na mały miks zdjęć, głównie w jesienno-zimowych klimatach. 

W wolnych dniach staram się jak najczęściej wychodzić z domu. Często wracam do tych samych miejsc i miast, gdyż zawsze odkryję jakiś ciekawy, wcześniej nie widziany zaułek lub interesującą galerię. Jednym z takich miast jest Oksford. Najbardziej w tym mieście urzeka mnie architektura.


Nie wiem jak Wy, ale ja uwielbiam oglądać wszelkie budynki, zwłaszcza majestatyczne kamienice. Kiedy jest okazja zaglądam do środka lub przez okno zobaczyć jakie toczy się tam życie :)



Oksford to oczywiście też miasto uniwersyteckie – wiele college’ów można zwiedzać zarówno z zewnątrz jak i w środku. Jednym z najbardziej elitarnych (oraz najpopularniejszych) jest Christ Church – na jego terenie można obejrzeć kawałek Hogwartu, czyli Wielką Salę znaną z Harry’ego Pottera.


Kolejnym z miast, do którego często wracam, jest Londyn. Do Londynu mam zaledwie 30 minut pociągiem lub samochodem, więc bywam tam dość często. W Londynie najbardziej lubię spacerować po ciekawych dzielnicach, odwiedzać galerie i muzea, zaglądać do sklepów i domów handlowych lub siedzieć w kawiarni i obserwować ludzi. 


W zimowym i świątecznym czasie przed londyńskim Muzeum Historii Naturalnej działa lodowisko, gdzie jeździ się na łyżwach wokół choinki. W tle gra świąteczna muzyka, a tuż obok sprzedawane są pieczone kasztany.



Czas świąteczny w Londynie to też zakupowe szaleństwo, korki i tłum ludzi – na zdjęciu dzielnica Knightbridge i po prawej kawałek Harrods’a.

Razem z koleżanką zaliczyłyśmy pobyt w spa. W ramach zabiegu wybrałam masaż gorącymi kamieniami, a dzień spędzony na basenie, w saunie i łaźni parowej był bardzo relaksujący.


Taki wypad bardzo nam się spodobał i zdecydowałyśmy częściej jeździć w takie miejsca, następnym razem wybierzemy coś w dalszym zakątku kraju i z noclegiem.

Udało mi się też spędzić parę dni urlopu w Polsce – bynajmniej nie na relaksie, lecz na dokańczaniu drugiego mieszkania. 


Generalnie już wszystko jest gotowe – w wymarzonym nowoczesnym i minimalistycznym stylu. Wiem, że jeszcze trochę w Anglii pomieszkam, ale zawsze dobrze jest mieć do czego w Polsce wracać.

A jak Wam mijają jesienno-zimowe dni? Wolicie spędzać je na zewnątrz czy w domu?

sobota, 24 września 2016

Angielska rzeczywistość: korporacja po raz drugi

Podzielę się z wami newsem, że zmieniłam pracę. Ostatnie 3 lata w przepracowałam w sieciówce odzieżowej, a dokładniej w Zarze. Jedynie w 2014 roku miałam kilkumiesięczną przerwę, kiedy znalazłam pracę w pewnej „biurowej” korporacji, ale nie mogłam się tam odnaleźć i wróciłam do Zary. Poznałam pracę w handlu od podszewki, pełniłam różne funkcje. Kolejnym bodźcem do pozostania był moment, odkąd objęłam tam kierownicze stanowisko. Miałam okazję zebrać doświadczenie jako manager, wzmocniłam charakter. Było mi wygodnie, bo blisko do pracy, byłam zadowolona z zarobków, znałam wszystkich ludzi i wszystkie sklepowe zakamarki.

Miła strefa komfortu, która z jednej strony jest przyjemna, a z drugiej blokuje od pójścia krok dalej. Podczas ostatniego roku zaczęłam się powoli wypalać, myślałam o zmianie pracy, ale przed zmianami powstrzymywała mnie właśnie myśl o wiążącym się z tym stresem i wysiłkiem.



Przyszedł czas, że zdecydowałam zaryzykować. Złożyłam wypowiedzenie i jakiś miesiąc przed odejściem zaczęłam szukać nowej pracy. Szukałam w różnych branżach i różnych stanowiskach. Nową pracę znalazłam po niecałych 2 tygodniach. Po paru latach od ostatniego szukania pracy utwierdziłam się w fakcie, że rynek pracy w Anglii jest nadal bardzo otwarty i jeśli ktoś chce, to pracę znajdzie łatwo – i nie chodzi tu o zmywak ;)

Od 3 miesięcy pracuję w nowej firmie. Moje stanowisko w pełni pokrywa się ze studiami, które ukończyłam (magisterkę robiłam na kierunku ekonomicznym). Jak się okazało, mam nadal wygodnie (bo blisko), zarobki lepsze, godziny krótsze, ludzie i szefowie super. Jestem jedyną Polką w firmie, reszta to Anglicy i jeden Hiszpan-informatyk. Myślę jednak, że obecnej pracy nie dostałabym, gdyby nie doświadczenie zdobyte na poprzednich stanowiskach. Co prawda w kompletnie innej branży, ale jednak niektóre umiejętności zawsze można wykorzystać.

Nareszcie mogę czerpać radość z wolnych weekendów, uregulowanej pracy od poniedziałku do piątku. Poświęcam ten czas na wycieczki, głównie na łonie natury, jak i również zwiedzając ciekawe miasta.


Pamiętam, jak po odejściu z tamtej firmy mówiłam, że już nie wrócę do typowej korporacyjnej pracy. Cóż, nigdy nie mów nigdy :) Nigdy nie byłam typem karierowicza i raczej wyścig szczurów nie jest dla mnie, jednak przekonałam się, że nie wszędzie panuje taka atmosfera. Póki co więc cieszę się z podjęcia ryzyka i jakoś leci. Właśnie jestem na pierwszym urlopie – żegnam więc Was i odezwę się wkrótce.

poniedziałek, 9 maja 2016

Poznawanie Anglii: Woburn Abbey, Bedfordshire

Jakiś czas temu pisałam Wam, że jednym z moich ostatnich postanowień było to, by wolne dni wykorzystywać na krótkie wypady w ciekawe miejsca w Anglii. Najczęściej się zdarza, że kiedy mam wolne to po prostu zostaję w domu, robię trening, wychodzę z psem i nadrabiam zaległości „domowe” typu zakupy spożywcze lub sprzątanie. I tak nie wiadomo kiedy mija dzień.

Jednak czasem naprawdę warto się nieco wysilić, ogarnąć wszystko szybko, zaplanować ciekawą wycieczkę i wyruszyć gdzieś. Takie dni zapadają w pamięć i dążę do tego, by było ich w moim życiu coraz więcej.

Ostatni taki dzień spędziłam w Woburn Abbey. Woburn to wieś w Bedfordshire, w którym znajduje się posiadłość Woburn Abbey wraz z ogrodami i rezerwatem jeleni. Sama posiadłość należy do księcia Bedford – można zwiedzać jej wnętrza, w których znajdują się historyczne eksponaty, pięknie urządzone pokoje (w tym sypialnia królowej Victorii) oraz galerie obrazów.



Jednym z najbardziej ekscytujących elementów był chyba rezerwat jeleni. Zamieszkuje go wiele gatunków, w tym te najbardziej rzadkie, np. chiński Milu. Jak widać na załączonym filmie teren Woburn Abbey jest dosłownie opanowany jest przez jelenie.





Jedyne czego żałuję, to fakt, iż zrobiłam tak mało zdjęć i nagrań, w dodatku jedynie telefonem. Na następną wycieczkę zdecydowanie przygotuję się lepiej i zrobię lepszą fotorelację. Mimo to chciałam się tym krótkim wypadem z Wami podzielić. Postanowiłam, że stworzę sobie takie archiwum wycieczek, by mieć cenną pamiątkę. A przy okazji będę takie relacje Wam pokazywać :) Dajcie znać, czy Wy też ostatnio odwiedziliście jakieś ciekawe miejsce?

piątek, 1 stycznia 2016

3 lata na emigracji - pozostanie czy powrót?

Trzeci rok w Anglii minął, czas zacząć czwarty. Czas leci... a mnie coraz częściej nachodzą mnie pytania, ile jeszcze tych lat na obczyźnie przede mną? Podobno po czterech latach dla większości emigrantów następuje przełom i decydują się już zostać na stałe za granicą.

Ten rok był chyba najintensywniejszy pod względem mojej tęsknoty za krajem. Tęsknię za najbliższą rodziną, tęsknię za Gdańskiem, tęsknię za swojskością i uczuciem, że jestem u siebie. Ja póki co jeszcze trochę posiedzę na emigracji, ale za czas pewien chcę wrócić. Ogólnie perspektywa powrotu do Polski rysuje się coraz wyraźniej. Mam do czego wracać, mam plany na życie w Polsce.



Podczas ostatniego urlopu odwiedziłam pewne miejsce – dla innych zwykłe, a dla mnie szczególne. Miejsce, gdzie buduje się moje M2. Jak kiedyś wspominałam, to już nie pierwsza moja nieruchomość, ale również bliska mojemu sercu.

Skoro marzenia o powrocie do kraju są tak silne, dlaczego więc nadal siedzę w Anglii? Cóż, życie nie zawsze bywa takie proste. Są to przyczyny czysto ekonomiczne, mam cele finansowe i inwestycyjne, które zdecydowanie łatwiej i szybciej mi zrealizować właśnie tutaj. Dlatego jeszcze co najmniej ok. półtora roku będę kontynuowała życie emigranta. 


Święta (a raczej ich brak) spędzone jak zwykle pracując, więc nawet nie miałam czasu na smutki spędzania ich z dala od bliskich w Polsce. Tegoroczna „choinka” póki co siedzi na parapecie, a na wiosnę zacznie rosnąć w ogródku. Lubię takie żywe choinki.



Póki co staram się cieszyć tym, co jest tu i teraz. Wolne chwile przeznaczam na to, co sprawia mi przyjemność. Oprócz siłówki i cardio w domu jak najczęściej staram się spędzać czas na świeżym powietrzu. Zakładam śmieszne słuchawki z Lidla i biegam z Paris naszymi ulubionymi trasami. Staram się doceniać i wykorzystywać chwile obecne, żyć Anglią, jej kulturą, klimatem, krajobrazem i "tworzyć wspomnienia", do których kiedyś będę z przyjemnością wracać.

wtorek, 3 listopada 2015

Życiowa aktualizacja, angielska jesień i dalsze plany

W końcu naszła mnie potrzeba odezwania się tutaj. Może na początku w skrót ostatnich miesięcy.

1. Pracuję cały czas w tym samym miejscu. Zmiana stanowiska w pracy była dość wyczerpująca psychicznie i fizycznie, ale powoli wracam do stabilizacji i staram się tam nie wypruwać żył ani się nie wczuwać, bo nie jest to warte utraty zdrowia czy dobrego samopoczucia. Ogólnie chyba nie wytrzymam tam zbyt długo (jak w każdej z moich prac, ha ha), bo zmieniło się główne kierownictwo i jest za dużo knucia i intryg.

2. Pomimo ciężkich ostatnich miesięcy znajdowałam czas na trening, jednak nie w satysfakcjonującej ilości i jakości. Było to głównie cardio (jogging i marszobiegi w lesie, pływanie), trening siłowy był w odstawce. Odbija się to na mojej formie, na pewno wzrosło mi BF, również za sprawą mniej regularnych posiłków. Chcę to zmienić oczywiście :)

Listopadowa pogoda w Anglii jest bardzo angielska ;)



Częste są mgły i deszcze, ale nie przeszkadza nam to w aktywności na świeżym powietrzu.

A zdjęcie poniżej to wspomnienie słonecznego września, jesień we wrześniu i październiku była bardzo łaskawa:



Powyżej Paris kosztująca trawy i promieni słonecznych :)

3. Podążam z duchem minimalizmu, ograniczam bardzo konsumpcjonizm. Na co dzień kupuję tylko rzeczy niezbędne w codziennym użytkowaniu, poza tym robię regularną segregację posiadanych przeze mnie przedmiotów, oddaję, wyrzucam lub sprzedaję rzeczy mi niepotrzebne. 

4. Bardzo tęsknię za Polską, lada chwila minie 3 lata na emigracji i znowu łapią mnie kryzysy. Mamy w planach powrót, ale jeszcze nie teraz – jak dobrze pójdzie to najwcześniej za jakieś półtora roku. Kupujemy właśnie mieszkanie w Polsce, a właściwie jego plan na papierze, bo będzie wybudowane w przyszłym roku :) To będzie już moja druga nieruchomość i ona motywuje mnie do tego, by tu jeszcze trochę przesiedzieć, żyć skromnie, odkładać i inwestować.

Na początku września miałam urlop i odwiedziła mnie mama i ojczym, więc przynajmniej trochę spędziłam czasu z polskimi bliskimi. Sporo jeździliśmy po okolicy, na przykład odwiedziliśmy majestatyczny Oksford:



Tę notkę chciałabym potraktować jako wstęp do kolejnych postów. Nie chcę za wiele obiecywać, ale mam w planach napisanie kilku. Będą one dotyczyły powyższych czterech punktów, a mianowicie:
- treningów, odżywiania, nowych przepisów – odczuwam brak konkretnej rutyny treningowo-dietowej, trybu, z którego wypadłam w ostatnich miesiącach i do którego chcę wrócić
- notek emigracyjnych i przemyśleniach związanych z Anglią oraz Polską
- trochę tematów związanych z dążeniem do wolności finansowej, ograniczaniem ślepego konsumpcjonizmu i schylaniem się ku minimalizmowi

To tyle, pozdrawiam i do usłyszenia wkrótce :)  

niedziela, 19 lipca 2015

Koncentracja na życiu

Na początku chciałabym podziękować, że mimo widocznej przerwy na blogu nadal tutaj zaglądacie, dziękuję też za wszystkie wiadomości. Dlatego też uważam, że należy się Wam parę słów aktualizacji, co i jak u mnie i co dalej z blogiem.
Przerwa nie była jakoś specjalnie planowana, zaczęło się od resetu na urlopie, później już świadomie ją przedłużałam. Nie chodzi tylko o bloga, ale o internet ogólnie. Złapałam się na tym, że za dużo czasu spędzałam online, przed ekranem laptopa, zbyt dużo stron, blogów, youtube, subskrybcji pochłaniało mój czas.

Zbyt mało koncentrowałam się na życiu tu i teraz, na tym, czego chcę, do czego dążę, jak chcę żyć. Tak, by życie nie przeciekło mi przez palce, abym nie żałowała zmarnowanych dni. Za mało czasu spędzałam z bliskimi mi osobami, z psem. Dzień po dniu, stopniowo zaczęłam się więc izolować od tego całego internetowego zgiełku. 

Jak zagospodarowałam czas, który zyskałam dzięki ograniczeniu świata online do minimum? 

  • Czytam więcej książek o rozwoju osobistym, które niezwykle mnie inspirują i motywują. Właśnie ukończyłam Focus autorstwa Leo Babauty (bardzo inspirujący do odwyku od internetu). Teraz przerabiam posty Zen Habits oraz wspaniałą książkę Maximum Achievement Briana Tracy’ego. Tytuły te opisywałam tutaj.
  • Spędzam czas z wartościowymi osobami oraz psem – w każdy wspólny wolny dzień jeżdżę na wycieczki po Anglii i obcuję z bogactwem kulturowym i przyrodniczym tego kraju. Nie mogę uwierzyć, że dopiero  na trzecim roku emigracji zaczęłam  w ten sposób poznawać kraj. Tak właśnie czas potrafi uciekać. Ale przynajmniej teraz wszystko nadrabiam.



Na zdjęciu wizyta w skansenie, gdzie można zobaczyć domostwa i gospodarstwa od wczesnego średniowiecza do XIX wieku. Każdy budynek jest w środku urządzony i można w nim zobaczyć, jak mieszkali i pracowali ludzie ówczesnej Anglii.

  • Trzymam zdrową dietę i ćwiczę – obecnie jest to głównie bieganie połączone z treningami wzmacniającymi (m.in. wykonuję ponownie przerabiany rok temu Spartacus), przygotowuję się do kolejnego planu siłowego.
  • Robię generalne porządki w domu (które rozłożyłam na kilka tygodni) oraz przy okazji pozbywam się wielu niepotrzebnych rzeczy.
  • Miałam też szukać nowej pracy, bo czułam potrzebę zmian, ale pojawiła się niedawno u mnie w pracy okazja i zostałam managerem... działu 3 razy większego niż ten, na który aplikowałam. Spore wyzwanie, ale cieszę się z możliwości rozwoju no i lepszych zarobków ;)

Jak widać miejsca na nudę nie ma. Niestety jest coś za coś i świadomie zdecydowałam się maksymalnie ograniczyć przebywanie w sieci, by mieć właśnie czas na to „namacalne” życie. Pewnie co jakiś czas coś tu napiszę, ale nie chcę obiecywać jakiejś konkretnej regularności. 

Dziękuję, że nadal ze mną jesteście i pozdrawiam Was serdecznie :)

niedziela, 15 lutego 2015

Angielska rzeczywistość: praca w sieciówce odzieżowej

Dziś będzie na temat, o który często mnie pytacie w wiadomościach prywatnych, czyli o pracy w odzieżówce i jej kulisach :)
Jak już większość z Was wie, pracuję tu w Anglii w Zarze, niedługo będzie drugi rok. Miałam przez ten czas małą przerwę kiedy podjęłam pracę biurową, ale koniec końców wróciłam na stare śmieci. Kiedyś głównie zajmowałam się obsługą klientów przy kasie, a odkąd wróciłam zarządzam magazynem i asortymentem sklepu. Czyli zajmuję się produktem i wszystkimi co z nim związane - dostawa, procesy magazynowe, transferuję ubrania pomiędzy sklepami i takie tam.



Z Waszych pytań:

Czy łatwo dostać pracę w handlu w Wielkiej Brytanii i jak ja znalazłam swoją:
Jak za pierwszym razem chciałam rozpocząć poszłam osobiście zostawić CV. Jak w lecie odeszłam z korporacji to przez krótki czas zamiast wrócić do Zary myślałam o spróbowaniu w jeszcze jakimś innym sklepie i wysłałam aplikacje (wszystko online) m.in. do Tommiego Hilfigera, Estee Lauder i Bootsa. Wszędzie zaprosili mnie na rozmowę kwalifikacyjną i byli zainteresowani (może to jednak dlatego, że już miałam w CV rok doświadczenia w Zarze), ale koniec końców wybrałam powrót do Zary. Czyli jak widać jest dość łatwo dostać taką pracę i jest to efektywne zarówno osobiście jak i online.

Jakie są zarobki w odzieżówce?
One zależą od stanowiska i ilości przepracowanych godzin, najniższe stanowisko to tzw. sales assistant i oni zarabiają najmniej - zarobki zbliżone do najniższej krajowej plus bonusy. Po ekspedientce stanowiska typu kasjer, merchandiser lub deputy itp. mają nieco wyższe zarobki. W Zarze dostaje się też zawsze % od utargu, co miesiąc podwyższa to  wypłatę o jakieś 20%. Zarobki managera sklepu to od 20-30 tys. GBP rocznie.

Czy na emigracji warto podjąć taką pracę, jakie są zalety i wady:

Zacznę od tego mniej przyjemnego, czyli od wad:

  • Cały dzień na nogach – bywa to męczące, choć potem człowiek się przyzwyczaja.
  • Trudni klienci (choć niektórzy są naprawdę fajni).
  • Praca podczas weekendów i świąt (choć w tzw. bank holidays mamy płacone podwójnie, co umila pracę w te dni).
  • Na początku może być trudno z większym kontraktem, bo sklepy lubią zatrudniać np. na pół lub ¾ etatu. Ja teraz mam kontrakt 40h, czyli obojętnie co to zawsze muszę przepracować to 40h i ew. nadgodziny. Jest to dobre, bo mam zagwarantowaną pełnoetatową ilość godzin.

Zalety:

  • W miarę niewymagająca, mało stresogenna praca – idziesz do pracy, robisz swoje, kończysz, idziesz do domu i o niej zapominasz. Nie ma goniących terminów, presji na wyniki, wyścigu szczurów.
  • Kontakt z modą – nie jestem jakimś modowym zapaleńcem i zminimalizowałam własną szafę, jednak lubię mieć kontakt z ciuchami na co dzień. No i zawsze można upolować jakieś fajne okazje podczas wyprzedaży :)
  • Elastyczny grafik – pisałam o pracujących weekendach, ale dla mnie to plus, bo wolę mieć jakiś dzień wolny w tygodniu, bo wtedy można załatwić różne sprawy np. urzędowe. 
  • 6 tygodni urlopu w ciągu roku
  • Uniform (u nas) – nie muszę się zastanawiać, co ubrać każdego ranka, tylko wrzucam mój uniform. Dzięki temu nie niszczę też moich codziennych ubrań.

Sama prawda, hehe ;)

Jak widać taka praca ma swoje dobre i złe strony. Ja w sumie nigdy nie spodziewałam się, że tak długo będę pracować w sieciówce odzieżowej, zawsze myślałam, że to tylko przejściowe zajęcie, a teraz póki co chcę tam zostać. Cóż, życie i decyzje ludzkie bywają przewrotne ;)

Mam nadzieję, ze ten post okaże się przydatny, a jeśli macie jakieś inne pytania to dajcie znać. Pozdrawiam!

niedziela, 4 stycznia 2015

Parę zdjęć z angielskiej rzeczywistości (8)

Zapraszam na kilka zdjęć z ostatniego czasu. Życiowo wszystko po staremu, niewiele się dzieje, ale to dobrze. Potrzebna mi taka stabilizacja.


Jakiś czas temu szukałam dużego kubka na herbatę / zupę i jak zobaczyłam ten to wiedziałam, że będzie mój, ma w sobie "to coś". Jest ogromny (mieści ok. 0,5l), ale ja lubię pić z takiej wanny ;)



Lubię angielskie supermarkety za to, że mają duży wybór zdrowych produktów – stojąc przed taką strączkową półką aż ciężko zdecydować się co wybrać. Jeśli macie jakieś sprawdzone przepisy na strączki to dajcie znać, bo ja ciągle robię z nich tylko zupy.



Trochę ”słońca” w środku zimy i samopoczucie od razu lepsze. Lubię chodzić na solarium, jakoś nie potrafię przekonać się do balsamów brązujących czy samoopalaczy.



Ekwipunek gotowy, można iść do pracy :) Zawsze pakuję 2 posiłki, osobno warzywa, kubek z kawą... Lubię tę rutynę.



A to mój wczorajszy nabytek. Do tej pory 90% zdjęć robiłam telefonem, bo ma jakość dużo lepszą od mojej starej cyfrówki (np. zdjęcie kubka też zrobiłam telefonem). Planowałam kupić jakiś fajny aparat na tegoroczny urlop, ale odstraszały mnie gabaryty i waga typowych lustrzanek. Jak jednak przypadkiem zobaczyłam to cacko to wiedziałam, że będzie strzałem w dziesiątkę. Nie jest tak wielki i ciężki jak lustrzanka, ale ma cechy do niej zbliżone i mnóstwo przydatnych funkcji. Pewnie na blogu nadal będę dodawać sporo zdjęć z telefonu, bo lubię ich specyficzny klimat, ale nowy aparat na pewno też będzie w użyciu.



Oczywiście na pierwszy ogień poszło potreningowe fit-selfie, a jakże by inaczej :D



A następnie Paris, moja wdzięczna modelka. Słabe światło i zdjęcie „pierwsze z brzegu” ale już widzę, że aparat ma potencjał.

Mam nadzieję, że miks wam się podobał, pozdrawiam i do usłyszenia!

czwartek, 25 grudnia 2014

2 lata na emigracji... i co dalej?

Świąteczny czas to dla mnie zawsze moment na emigracyjne przemyślenia, bowiem 2 lata temu podczas tego okresu wyjechałam z Polski. Ten rok, może nie tak przełomowy jak poprzedni, ale również był pełen zmian oraz zarówno momentów euforii jak i frustracji, nostalgii.


Patrzę sobie na moją świąteczną minimalistyczną „choinkę” i rozmyślam nad mijającym czasem. To już kolejne święta w Anglii.

W tym roku najwięcej zawirowań było pod względem pracy. Przekonałam się, że praca w korporacji nie jest dla mnie – byłam tam kompletnie nieszczęśliwa, nie radziłam sobie z presją i stresem, korporacyjna atmosfera to nie moja bajka. Rzuciłam to wszystko w cholerę i wróciłam więc na stare śmieci, czyli do pracy w Zarze. 



Pamiętam, jak zrobiłam to zdjęcie – było to po tym, jak zdecydowałam się wyrwać z wyścigu szczurów. Poczułam wtedy niesamowitą wolność :)

Cieszę się, że to wszystko potoczyło się w ten sposób. Poza tym wróciłam do Zary na inne stanowisko. Jestem tzw. koordynatorem magazynu (lub jak kto woli „magistrem-magazynierem” ;-)). Zarządzam magazynem wszystkich działów, dbam o obieg towaru, robię transfery między sklepami itd. Praca idealna dla mojego charakteru, bo jestem zorganizowana i lubię jak wszystko jest dobrze rozplanowane. No i nie muszę użerać się z klientami, ha ha :) Póki co nie przewiduję więcej zawodowych zmian, jest mi dobrze tak jak teraz.


Oczywiście praca w handlu też do łatwych nie należy, szczególnie podczas okresu świątecznego, gdy ludzi ogarnia szał zakupów. Na zdjęciu londyński Selfridges - jeden z najsłynniejszych domów handlowych i jego świąteczne wystawy. Ja dzisiaj relaksuję się w domu przed jutrzejszym Boxing Day - dniem, w którym w Anglii ruszają świąteczne wyprzedaże i ludzie od samego świtu szturmują sklepy. Ja oczywiście nie wybieram się na zakupy, lecz do pracy, ale w sumie nie mam nic przeciwko, bo w święta mamy podwójnie płatne.

Tak szczerze? Porzuciłam ambicje o robieniu „kariery”. Jak kiedyś wrócę do Polski to i tak mam pomysł na siebie i imponujące CV nie będzie mi do jego realizacji w ogóle potrzebne. 2 lata na emigracji mijają, nasuwa się pytanie: co dalej? Póki co zostajemy tutaj. Jeszcze co najmniej półtora roku, a możliwe, że i dłużej. Mam swoje małe cele i wiem, że to co robię ma sens :)

Pozdrawiam Was serdecznie i życzę Wam miło spędzonej reszty Świąt :)

wtorek, 25 listopada 2014

Angielska rzeczywistość: moja okolica

Dziś chciałabym przybliżyć Wam okolicę, w którym mieszkam. Moje miasto nazywa się High Wycombe i ma około 120 tysięcy mieszkańców. 


Jego lokalizacja to niecałe 30 mil na północny zachód od Londynu, w hrabstwie Buckinghamshire. 



Krajobraz jest bardzo zróżnicowany, bo High Wycombe leży zarówno w dolinie Tamizy jak i w regionie gór Chiltern – mamy więc tu (dosłownie) góry i doliny.



Bardzo podoba mi się życie tu w Wycombe. Miasteczko jest spokojne, ale jego centrum zawsze tętni życiem. Posiada dobrą infrastrukturę – wszystko jest dobrze zorganizowane i pod ręką: mnóstwo sklepów, usługi, transport, tereny rekreacyjne. Na zdjęciu fragment deptaka oraz centrum handlowe. Wiadomo, istnieją też dzielnice zwane dodgy, czyli te cieszące się złą sławą, ale chyba każde miasto takowe posiada. 


Na koniec mam dla Was małą niespodziankę :) Postanowiłam zabrać Was na wycieczkę po okolicy, więc nagrałam krótki filmik. 



Co prawda pokazuję w nim jedynie dzielnice typowo mieszkalne, ale jeśli tak jak ja lubicie oglądać różnego rodzaju domy i domki to powinno Wam się spodobać :)

niedziela, 21 września 2014

Parę zdjęć z angielskiej rzeczywistości (7)

Dzisiejsza notka z prywatnymi zdjęciami nie będzie zbyt obfita, gdyż ostatnie dni kręcą się pt. dom-praca-dom, ale podzielę się z Wami tym co mam :)


Wiktoriańskie domy – mieszkam w takim :) Oczywiście nie w całym, bo są naprawdę ogromne i najczęściej są podzielone na samodzielne mieszkania.



Wspominałam Wam, że zakupiłam pierwszego kwiata do ogródka. Zakwitł ładnie, jest wytrzymały i cieszy oko. Roślina zwie się hebe – polecam na balkon i do ogrodu.



Kąpu-kąpu ;) Chyba żaden pies tego nie lubi, ale czasem trzeba...



Wspomnienie ciepłych dni – czy już mówiłam Wam, że uwielbiam moją okolicę? Całe życie mieszkałam w Polsce w krajobrazie nizinnym, więc wzgórza to dla mnie rarytas.



Wraz z początkiem jesieni w sklepach wchodzą przytulne dekoracje do domu. Na zdjęciu jeden z moich ulubionych sklepów, czyli Matalan. Mnóstwo świetnych rzeczy w rozsądnych cenach. Ale póki co skusiłam się tylko na nowy kocyk.

To tyle na dziś, pozdrawiam i do usłyszenia!

niedziela, 10 sierpnia 2014

Parę zdjęć z angielskiej rzeczywistości (6)

Zapraszam na kilka zdjęć z codziennego życia, miłego oglądania :)


Moje miasto jest bardzo klimatyczne i położone na malowniczych wzgórzach.



Bieg w deszczu bez parasola = wet hair look... Podobno teraz modny ;)



Uwielbiam ogródek w moim nowym mieszkaniu – jest trochę zarośnięty, ale to dodaje mu uroku. Planuję posadzić w nim jakieś kwiaty i zioła.



Paris dostała nowe łóżeczko – jak widać jest bardzo zadowolona :)



Produkcja czipsów z bakłażana – są pyszne! Podpatrzone u Gosi.



Wyprzedaże nadal trwają – ja w tym sezonie na nic się nie skusiłam. A Wy coś upolowałyście?



A na koniec - friendsie ;] Pozdrowienia!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...