Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty

sobota, 30 grudnia 2017

5 lat na emigracji - dokąd to zmierza?

Znowu czas szybko zleciał, to już dokładnie 5 lat w Anglii. Przecież dopiero co pisałam podsumowanie 3 lat. Za każdym razem dochodzę do wniosku, że miniony rok przyniósł wiele zmian, jednak dwa ostatnie lata, 2016 i 2017, były dla mnie wyjątkowe. 

W połowie 2016 roku zmieniłam pracę, mija już więc 1,5 roku odkąd pracuję w nowym miejscu. Nigdy nie przypuszczałam, że korporacyjna praca za biurkiem będzie mi sprawiała satysfakcję. Przez to półtora roku bardzo rozwinęłam się zawodowo, zdobyłam nowe kwalifikacje. Pracuję w branży, która mnie interesuje i  na stanowisku bardzo zgodnym z moimi predyspozycjami. W dodatku czasem wpadają mi wyjazdy służbowe, zarówno w Anglii jak i do centrali firmy w Monachium, więc przy okazji odwiedzam ciekawe miejsca. Zdjęcia z ostatniego wyjazdu do Niemiec:



Największe zmiany zaszły jednak w strefie prywatnej. W połowie 2017 roku rozstałam się z moim wieloletnim partnerem i mieszkam teraz sama. Czas po rozstaniu przeszłam bardzo dobrze, skoncentrowałam się na sobie i swoich pasjach, m.in. siłowni, bieganiu, diecie i moim psie. Planowałam być sama przez dłuższy czas, by cieszyć się życiem singielki. 


No właśnie, planowałam… Poznałam kogoś pod koniec lata i tak widujemy się aż do teraz. Trochę przyszło to niespodziewanie i poczułam w brzuchu motyle :) Cieszę się jednak chwilą, nie nadaję etykiet. Święta spędziliśmy razem. Czas pokaże, co będzie dalej.

Tamiza zimową porą - jedno z magicznych miejsc w mojej okolicy

I tak to moje życie tutaj płynie. Odpowiadając na pytanie z tytułu notki – dokąd ono zmierza – tutaj też zaszła zmiana, głównie w moim nastawieniu. Anglia staje się powoli bardziej moim domem niż Polska. Zaczynam tutaj trochę wrastać. Odczułam to po listopadowym pobycie w Polsce. Czułam sentyment będąc w rodzinnym kraju, jednak cieszyłam się wracając po urlopie do domu. Przestałam planować powrót do Polski, bo i tak go z roku na rok przekładałam. Zobaczymy, jak będzie dalej - póki co nadal Anglia.

sobota, 24 września 2016

Angielska rzeczywistość: korporacja po raz drugi

Podzielę się z wami newsem, że zmieniłam pracę. Ostatnie 3 lata w przepracowałam w sieciówce odzieżowej, a dokładniej w Zarze. Jedynie w 2014 roku miałam kilkumiesięczną przerwę, kiedy znalazłam pracę w pewnej „biurowej” korporacji, ale nie mogłam się tam odnaleźć i wróciłam do Zary. Poznałam pracę w handlu od podszewki, pełniłam różne funkcje. Kolejnym bodźcem do pozostania był moment, odkąd objęłam tam kierownicze stanowisko. Miałam okazję zebrać doświadczenie jako manager, wzmocniłam charakter. Było mi wygodnie, bo blisko do pracy, byłam zadowolona z zarobków, znałam wszystkich ludzi i wszystkie sklepowe zakamarki.

Miła strefa komfortu, która z jednej strony jest przyjemna, a z drugiej blokuje od pójścia krok dalej. Podczas ostatniego roku zaczęłam się powoli wypalać, myślałam o zmianie pracy, ale przed zmianami powstrzymywała mnie właśnie myśl o wiążącym się z tym stresem i wysiłkiem.



Przyszedł czas, że zdecydowałam zaryzykować. Złożyłam wypowiedzenie i jakiś miesiąc przed odejściem zaczęłam szukać nowej pracy. Szukałam w różnych branżach i różnych stanowiskach. Nową pracę znalazłam po niecałych 2 tygodniach. Po paru latach od ostatniego szukania pracy utwierdziłam się w fakcie, że rynek pracy w Anglii jest nadal bardzo otwarty i jeśli ktoś chce, to pracę znajdzie łatwo – i nie chodzi tu o zmywak ;)

Od 3 miesięcy pracuję w nowej firmie. Moje stanowisko w pełni pokrywa się ze studiami, które ukończyłam (magisterkę robiłam na kierunku ekonomicznym). Jak się okazało, mam nadal wygodnie (bo blisko), zarobki lepsze, godziny krótsze, ludzie i szefowie super. Jestem jedyną Polką w firmie, reszta to Anglicy i jeden Hiszpan-informatyk. Myślę jednak, że obecnej pracy nie dostałabym, gdyby nie doświadczenie zdobyte na poprzednich stanowiskach. Co prawda w kompletnie innej branży, ale jednak niektóre umiejętności zawsze można wykorzystać.

Nareszcie mogę czerpać radość z wolnych weekendów, uregulowanej pracy od poniedziałku do piątku. Poświęcam ten czas na wycieczki, głównie na łonie natury, jak i również zwiedzając ciekawe miasta.


Pamiętam, jak po odejściu z tamtej firmy mówiłam, że już nie wrócę do typowej korporacyjnej pracy. Cóż, nigdy nie mów nigdy :) Nigdy nie byłam typem karierowicza i raczej wyścig szczurów nie jest dla mnie, jednak przekonałam się, że nie wszędzie panuje taka atmosfera. Póki co więc cieszę się z podjęcia ryzyka i jakoś leci. Właśnie jestem na pierwszym urlopie – żegnam więc Was i odezwę się wkrótce.

niedziela, 19 lipca 2015

Koncentracja na życiu

Na początku chciałabym podziękować, że mimo widocznej przerwy na blogu nadal tutaj zaglądacie, dziękuję też za wszystkie wiadomości. Dlatego też uważam, że należy się Wam parę słów aktualizacji, co i jak u mnie i co dalej z blogiem.
Przerwa nie była jakoś specjalnie planowana, zaczęło się od resetu na urlopie, później już świadomie ją przedłużałam. Nie chodzi tylko o bloga, ale o internet ogólnie. Złapałam się na tym, że za dużo czasu spędzałam online, przed ekranem laptopa, zbyt dużo stron, blogów, youtube, subskrybcji pochłaniało mój czas.

Zbyt mało koncentrowałam się na życiu tu i teraz, na tym, czego chcę, do czego dążę, jak chcę żyć. Tak, by życie nie przeciekło mi przez palce, abym nie żałowała zmarnowanych dni. Za mało czasu spędzałam z bliskimi mi osobami, z psem. Dzień po dniu, stopniowo zaczęłam się więc izolować od tego całego internetowego zgiełku. 

Jak zagospodarowałam czas, który zyskałam dzięki ograniczeniu świata online do minimum? 

  • Czytam więcej książek o rozwoju osobistym, które niezwykle mnie inspirują i motywują. Właśnie ukończyłam Focus autorstwa Leo Babauty (bardzo inspirujący do odwyku od internetu). Teraz przerabiam posty Zen Habits oraz wspaniałą książkę Maximum Achievement Briana Tracy’ego. Tytuły te opisywałam tutaj.
  • Spędzam czas z wartościowymi osobami oraz psem – w każdy wspólny wolny dzień jeżdżę na wycieczki po Anglii i obcuję z bogactwem kulturowym i przyrodniczym tego kraju. Nie mogę uwierzyć, że dopiero  na trzecim roku emigracji zaczęłam  w ten sposób poznawać kraj. Tak właśnie czas potrafi uciekać. Ale przynajmniej teraz wszystko nadrabiam.



Na zdjęciu wizyta w skansenie, gdzie można zobaczyć domostwa i gospodarstwa od wczesnego średniowiecza do XIX wieku. Każdy budynek jest w środku urządzony i można w nim zobaczyć, jak mieszkali i pracowali ludzie ówczesnej Anglii.

  • Trzymam zdrową dietę i ćwiczę – obecnie jest to głównie bieganie połączone z treningami wzmacniającymi (m.in. wykonuję ponownie przerabiany rok temu Spartacus), przygotowuję się do kolejnego planu siłowego.
  • Robię generalne porządki w domu (które rozłożyłam na kilka tygodni) oraz przy okazji pozbywam się wielu niepotrzebnych rzeczy.
  • Miałam też szukać nowej pracy, bo czułam potrzebę zmian, ale pojawiła się niedawno u mnie w pracy okazja i zostałam managerem... działu 3 razy większego niż ten, na który aplikowałam. Spore wyzwanie, ale cieszę się z możliwości rozwoju no i lepszych zarobków ;)

Jak widać miejsca na nudę nie ma. Niestety jest coś za coś i świadomie zdecydowałam się maksymalnie ograniczyć przebywanie w sieci, by mieć właśnie czas na to „namacalne” życie. Pewnie co jakiś czas coś tu napiszę, ale nie chcę obiecywać jakiejś konkretnej regularności. 

Dziękuję, że nadal ze mną jesteście i pozdrawiam Was serdecznie :)

środa, 18 marca 2015

Angielska (i nie tylko) rzeczywistość: au pair

Kolejny temat, o który często pytacie – czyli wszystko o au pair. Programie skierowanym dla młodych dziewczyn (i chłopaków też), gdzie jedzie się do zagranicznej rodziny, mieszka się z nimi. W zamian za opiekę nad dziećmi i pomoc w domu au pair otrzymuje kieszonkowe, utrzymanie, samochód, kursy językowe itp.

Ze mnie już jest au pairowa weteranka, gdyż byłam au pair 4 razy. Każdy z tych wyjazdów był nieco inny, niósł ze sobą różne doświadczenia i przygody, o których wam opowiem. 

Mój pierwszy wyjazd au pair był w 2006 roku, czyli aż 9 lat temu! Miałam 18 lat i byłam żądna przygód :) Zaraz po maturze rozpoczęłam poszukiwania host-rodziny. Kraj nie miał dla mnie znaczenia, chciałam po prostu pojechać jako wakacyjna au pair dokądkolwiek w Europie. Odezwała się do mnie rodzina luksemburska. Akurat szukali kogoś na wakacje, więc nie wahałam się długo i pojechałam do Luksemburga!


Luksemburg zaskoczył mnie swoją czystością, spokojem, zamożnymi dzielnicami. Jednak rodzina okazała się najgorszą w mojej karierze au pair. Żyli w luksusowej willi, a dali mi pokój w... piwnicy! Był tam tylko materac i pająki :)  W dodatku wymagali ode mnie pracy 12 godzin dziennie, codziennego sprzątania całego (ogromnego) domu, prasowania dla całej rodziny itp. Niezły początek przygody au pair, haha :) 


Wszystko ułożyło się jednak dobrze, przez ogłoszenie w lokalnej gazecie udało mi się znaleźć fajną host-rodzinę, z którą zostałam już do końca wakacji. Opiekowałam się dwiema starszymi dziewczynkami plus prace domowe. Miałam dużo czasu na zwiedzanie, zabawę i poznawanie nowych ludzi. Pod koniec wakacji chciałam nawet zostać w Luksemburgu na stałe, ale dostałam się na studia i musiałam wrócić do Polski.

Kolejne moje pobyty au pair były w Irlandii.


Po drugim roku studiów pojechałam na wakacje do rodziny z Dublina. Rodzinka bardzo na luzie, 2 fajnych dzieci. Na tyle się z nimi polubiłam, że 2 lata później pojechałam do nich znowu na wakacje.


Oba te irlandzkie pobyty wspominam bardzo miło, dużo zwiedzałam zarówno Dublin jak i krajobraz Irlandii, sporo też imprezowałam z innymi au pairkami w irlandzkich pubach :) 


Mój ostatni wyjazd au pair był pod koniec 2012 roku w Anglii. Zdecydowałam się pojechać, bo miałam na celu późniejsze osiedlenie się w tym kraju.


Znalazłam rodzinę w wiosce pod Londynem, której pasował okres ok. pół roku. Okazali się naprawdę bardzo fajni. Mieszkałam w 300-letnim domu i opiekowałam się 9-latką.



Do moich obowiązków należało wożenie jej do szkoły i na jazdę konną, dopilnowanie odrabiania lekcji itp. Miałam na tyle dużo wolnego czasu, że byłam też w stanie dorabiać sobie w pobliskim Starbucksie. A po moim pobycie au pair to już wiecie – zostałam w Anglii na stałe :)

Z waszych pytań:

Czy warto wyjechać jako au pair?  
Tak, jeśli nie straszna ci jest praca z dziećmi, mieszkanie z host-rodziną i dopasowanie się do ich zwyczajów. Jeśli jesteś przygotowana na to, że coś może nie pójść zgodnie z planem i będzie trzeba znaleźć wyjście z takiej sytuacji. To też dobre rozwiązanie, kiedy myślimy o stałej emigracji. W tym wypadku trzeba jednak grać uczciwie i poinformować o tym host-rodzinkę jeszcze przed przyjazdem. Ci moi z Anglii o tym wiedzieli od początku i dzięki temu byli bardzo pomocni kiedy przechodziłam „na swoje”. 

Nie znam języka obcego / nie mam doświadczenia w opiece nad dziećmi – czy mam szanse jako au pair?
Język wystarczy znać w stopniu komunikatywnym (by się dogadać z rodzinką). Au pair często uczestniczą w kursach językowych właśnie by podszkolić język. Jeśli chodzi o doświadczenie z dziećmi to uważam, że to warunek konieczny. W końcu to odpowiedzialne zajęcie i au pair powinna wiedzieć, jak zachować się w określonych sytuacjach.

Jak sobie zorganizowałaś wyjazdy au pair – czy korzystałaś z agencji au pair czy samodzielnie?
Zawsze rodzinek szukałam samodzielnie przez darmowe serwisy internetowe dla au pair, głównie aupair-world.net oraz greataupair.com. Agencja to jednak też nie jest zła opcja jeśli kogoś przeraża organizowanie wyjazdu na własną rękę.

To już wszystko co chciałam wam przekazać na temat au pair, jeśli jeszcze macie jakieś pytania to dajcie znać. Pozdrawiam!

niedziela, 15 lutego 2015

Angielska rzeczywistość: praca w sieciówce odzieżowej

Dziś będzie na temat, o który często mnie pytacie w wiadomościach prywatnych, czyli o pracy w odzieżówce i jej kulisach :)
Jak już większość z Was wie, pracuję tu w Anglii w Zarze, niedługo będzie drugi rok. Miałam przez ten czas małą przerwę kiedy podjęłam pracę biurową, ale koniec końców wróciłam na stare śmieci. Kiedyś głównie zajmowałam się obsługą klientów przy kasie, a odkąd wróciłam zarządzam magazynem i asortymentem sklepu. Czyli zajmuję się produktem i wszystkimi co z nim związane - dostawa, procesy magazynowe, transferuję ubrania pomiędzy sklepami i takie tam.



Z Waszych pytań:

Czy łatwo dostać pracę w handlu w Wielkiej Brytanii i jak ja znalazłam swoją:
Jak za pierwszym razem chciałam rozpocząć poszłam osobiście zostawić CV. Jak w lecie odeszłam z korporacji to przez krótki czas zamiast wrócić do Zary myślałam o spróbowaniu w jeszcze jakimś innym sklepie i wysłałam aplikacje (wszystko online) m.in. do Tommiego Hilfigera, Estee Lauder i Bootsa. Wszędzie zaprosili mnie na rozmowę kwalifikacyjną i byli zainteresowani (może to jednak dlatego, że już miałam w CV rok doświadczenia w Zarze), ale koniec końców wybrałam powrót do Zary. Czyli jak widać jest dość łatwo dostać taką pracę i jest to efektywne zarówno osobiście jak i online.

Jakie są zarobki w odzieżówce?
One zależą od stanowiska i ilości przepracowanych godzin, najniższe stanowisko to tzw. sales assistant i oni zarabiają najmniej - zarobki zbliżone do najniższej krajowej plus bonusy. Po ekspedientce stanowiska typu kasjer, merchandiser lub deputy itp. mają nieco wyższe zarobki. W Zarze dostaje się też zawsze % od utargu, co miesiąc podwyższa to  wypłatę o jakieś 20%. Zarobki managera sklepu to od 20-30 tys. GBP rocznie.

Czy na emigracji warto podjąć taką pracę, jakie są zalety i wady:

Zacznę od tego mniej przyjemnego, czyli od wad:

  • Cały dzień na nogach – bywa to męczące, choć potem człowiek się przyzwyczaja.
  • Trudni klienci (choć niektórzy są naprawdę fajni).
  • Praca podczas weekendów i świąt (choć w tzw. bank holidays mamy płacone podwójnie, co umila pracę w te dni).
  • Na początku może być trudno z większym kontraktem, bo sklepy lubią zatrudniać np. na pół lub ¾ etatu. Ja teraz mam kontrakt 40h, czyli obojętnie co to zawsze muszę przepracować to 40h i ew. nadgodziny. Jest to dobre, bo mam zagwarantowaną pełnoetatową ilość godzin.

Zalety:

  • W miarę niewymagająca, mało stresogenna praca – idziesz do pracy, robisz swoje, kończysz, idziesz do domu i o niej zapominasz. Nie ma goniących terminów, presji na wyniki, wyścigu szczurów.
  • Kontakt z modą – nie jestem jakimś modowym zapaleńcem i zminimalizowałam własną szafę, jednak lubię mieć kontakt z ciuchami na co dzień. No i zawsze można upolować jakieś fajne okazje podczas wyprzedaży :)
  • Elastyczny grafik – pisałam o pracujących weekendach, ale dla mnie to plus, bo wolę mieć jakiś dzień wolny w tygodniu, bo wtedy można załatwić różne sprawy np. urzędowe. 
  • 6 tygodni urlopu w ciągu roku
  • Uniform (u nas) – nie muszę się zastanawiać, co ubrać każdego ranka, tylko wrzucam mój uniform. Dzięki temu nie niszczę też moich codziennych ubrań.

Sama prawda, hehe ;)

Jak widać taka praca ma swoje dobre i złe strony. Ja w sumie nigdy nie spodziewałam się, że tak długo będę pracować w sieciówce odzieżowej, zawsze myślałam, że to tylko przejściowe zajęcie, a teraz póki co chcę tam zostać. Cóż, życie i decyzje ludzkie bywają przewrotne ;)

Mam nadzieję, ze ten post okaże się przydatny, a jeśli macie jakieś inne pytania to dajcie znać. Pozdrawiam!

czwartek, 25 grudnia 2014

2 lata na emigracji... i co dalej?

Świąteczny czas to dla mnie zawsze moment na emigracyjne przemyślenia, bowiem 2 lata temu podczas tego okresu wyjechałam z Polski. Ten rok, może nie tak przełomowy jak poprzedni, ale również był pełen zmian oraz zarówno momentów euforii jak i frustracji, nostalgii.


Patrzę sobie na moją świąteczną minimalistyczną „choinkę” i rozmyślam nad mijającym czasem. To już kolejne święta w Anglii.

W tym roku najwięcej zawirowań było pod względem pracy. Przekonałam się, że praca w korporacji nie jest dla mnie – byłam tam kompletnie nieszczęśliwa, nie radziłam sobie z presją i stresem, korporacyjna atmosfera to nie moja bajka. Rzuciłam to wszystko w cholerę i wróciłam więc na stare śmieci, czyli do pracy w Zarze. 



Pamiętam, jak zrobiłam to zdjęcie – było to po tym, jak zdecydowałam się wyrwać z wyścigu szczurów. Poczułam wtedy niesamowitą wolność :)

Cieszę się, że to wszystko potoczyło się w ten sposób. Poza tym wróciłam do Zary na inne stanowisko. Jestem tzw. koordynatorem magazynu (lub jak kto woli „magistrem-magazynierem” ;-)). Zarządzam magazynem wszystkich działów, dbam o obieg towaru, robię transfery między sklepami itd. Praca idealna dla mojego charakteru, bo jestem zorganizowana i lubię jak wszystko jest dobrze rozplanowane. No i nie muszę użerać się z klientami, ha ha :) Póki co nie przewiduję więcej zawodowych zmian, jest mi dobrze tak jak teraz.


Oczywiście praca w handlu też do łatwych nie należy, szczególnie podczas okresu świątecznego, gdy ludzi ogarnia szał zakupów. Na zdjęciu londyński Selfridges - jeden z najsłynniejszych domów handlowych i jego świąteczne wystawy. Ja dzisiaj relaksuję się w domu przed jutrzejszym Boxing Day - dniem, w którym w Anglii ruszają świąteczne wyprzedaże i ludzie od samego świtu szturmują sklepy. Ja oczywiście nie wybieram się na zakupy, lecz do pracy, ale w sumie nie mam nic przeciwko, bo w święta mamy podwójnie płatne.

Tak szczerze? Porzuciłam ambicje o robieniu „kariery”. Jak kiedyś wrócę do Polski to i tak mam pomysł na siebie i imponujące CV nie będzie mi do jego realizacji w ogóle potrzebne. 2 lata na emigracji mijają, nasuwa się pytanie: co dalej? Póki co zostajemy tutaj. Jeszcze co najmniej półtora roku, a możliwe, że i dłużej. Mam swoje małe cele i wiem, że to co robię ma sens :)

Pozdrawiam Was serdecznie i życzę Wam miło spędzonej reszty Świąt :)

poniedziałek, 19 maja 2014

Zawodowe zmiany

Ostatnie tygodnie były czasem zmian, nerwów, rozterek, decyzji...
 
Zaproponowano mi w końcu ten upragniony awans na pełnoetatowego agenta nieruchomości.
 
Koniec końców jednak nie zdecydowałam się na tę posadę, ponieważ w międzyczasie dostałam inną ofertę pracy, w dziale sprzedaży w międzynarodowej korporacji. Dużo lepiej płatną, na lepszych warunkach i z wolnymi weekendami.

W przyszłym tygodniu tam zaczynam... A w część weekendów i tak nadal będę pracować w nieruchomościach, bo nie chcę na razie palić za sobą mostów jak by praca w tej nowej firmie okazała się beznadziejna.


Pamiętam, jak rok temu robiłam powyższe zdjęcia. Zastanawiałam się wtedy, jak to jest pracować w takim szklanym, korporacyjnym biurowcu. A teraz sama będę codziennie chodzić do podobnego budynku i brać udział w wyścigu szczurów.

Ogólnie wszystko mnie trochę przytłacza, nie wiem, czy podjęłam dobrą decyzję, ale kto nie ryzykuje ten nie zyskuje.

Tęsknię za Wami, obiecuję pozaglądać na Wasze blogi i odpisać na zaległe komentarze i wiadomości, ale potrzebuję jeszcze kilka dni... Mam nadzieję, że już niedługo wszystko zacznie się u mnie stabilizować i wrócę do regularnego blogowania. Tymczasem pozdrawiam Was i dziękuję, że tu nadal zaglądacie:)

sobota, 1 marca 2014

Angielska rzeczywistość - praca

Często dostaję od Was wiadomości z pytaniami dotyczącymi pracy tu na Wyspach. Postaram się trochę przybliżyć temat opisując swoje doświadczenia. Załączę też linki do odpowiednich notek, gdyż wiele już opisywałam.

Do Anglii przyjechałam w grudniu 2012 jako au pair. Wybrałam ten sposób, gdyż nie miałam tu znajomych ani rodziny, a au pair zapewniało mi od razu zajęcie, dach nad głową, jedzenie i wypłatę. Znalazłam rodzinę, która akurat potrzebowała kogoś na ok. pół roku, co dla mnie było idealne. Host rodzinę znalazłam (a raczej to oni mnie znaleźli) przez portal aupair-world.net. Szybko poszło, bo byłam już wakacyjną au pair 3 razy, więc miałam doświadczenie i referencje. 

Na szkolnym przedstawieniu mojej podopiecznej. Uczęszczała do prywatnej żeńskiej szkoły, mundurki obowiązkowe :)

Więcej moich notek związanych z au pair:
 
Jako że byłam au pair dla 9-latki (która była przez większość dnia w szkole), a rodzina była pozytywnie nastawiona na moje „usamodzielnianie się”, to zdecydowałam poszukać dodatkowej pracy w ciągu dnia. Wybrałam się do najbliższego Starbucksa, poprosiłam o rozmowę z managerką i po paru dniach dostałam tę pracę. Praca w Starbaku była moją najgorszą (psychicznie i fizycznie) pracą na emigracji.  

Doskonale pamiętam to zdjęcie - zrobiłam je dzień przed rozpoczęciem pracy. Teraz wydaje mi się to niedorzeczne, ale wtedy niesamowicie się stresowałam.
 
Tutaj pisałam więcej o pracy w Starbucksie:

Na przełomie maja i czerwca zakończyłam moją pracę au pair i zamieszkałam z chłopakiem, który do mnie w międzyczasie przyjechał. W Starbucksie zostałam na pełen etat. Niestety byłam tam bardzo nieszczęśliwa, praca była wykańczająca, a managerka podła. 

Notki z tamtego okresu:

W lipcu ostatecznie miałam dosyć i złożyłam wypowiedzenie, nawet nie mając innej pracy w zanadrzu.  Ogólnie bez pracy byłam... tydzień :) Po odejściu ze Starbucksa złożyłam dosłownie „od niechcenia” CV do Zary w centrum handlowym w moim mieście. Co zabawne, od razu odezwali się i dostałam tam pracę. W Zarze mi się spodobało i cały czas tam pracuję. Oczywiście nie jest to jakaś praca marzeń, ale zarobki przyzwoite, managerowie nie są czepliwi, godziny pracy mi też odpowiadają. 

Nasz Zarowy staff room. Też nie jest łatwo, bo jest się cały dzień na nogach, ale warunki są w porządku.

Oczywiście parę miesięcy temu nadal czułam zawodowy niedosyt i powróciłam do uskuteczniania moich planów dostania się do agencji nieruchomości. W październiku ostro wzięłam się w garść.

Tutaj notka ze szczegółami:

Efekty przyszły szybko, już na początku listopada udało mi się dostać do jednej z lokalnych agencji. Kiedyś idąc ulicą zobaczyłam na szybie jednego z biur kartkę, że szukają „weekendera”. Następnego dnia wzięłam CV oraz list motywacyjny i wparowałam do biura jak perszing mówiąc, że ja chcę tę pracę, że to mój dream job i w ogóle :) No, może nie aż tak dramatycznie, ale podziałało :D Zostałam zaproszona na rozmowę kwalifikacyjną i zaproponowali mi tę posadę, którą jak wiecie mam do teraz.

Praca w agencji nieruchomości zawsze była moim marzeniem. Póki co w moją weekendową pracę wchodzą obowiązki biurowe oraz tzw. viewings, czyli pokazywanie klientom domów na sprzedaż i wynajem.

Tutaj dzieliłam się z Wami moją radością, gdyż było to moje pierwsze większe zawodowe osiągnięcie:

Mam więc obecnie 2 prace. Od poniedziałku do piątku w Zarze (najczęściej 3 lub 4 dni), natomiast w każdą sobotę i niedzielę w agencji. Zazwyczaj pracuję łącznie 5-6 dni w tygodniu. Nie jest łatwo, ale nie narzekam. Chciałabym oczywiście dostać się do biura na pełen etat, ale zapewne jeszcze trochę czasu to potrwa. Kolejny etap tej zawodowej drogi przede mną, choć robi się coraz bardziej stroma i trudna. Przychodzą często chwile zwątpienia, ale staram się nie poddawać.

Podsumowując ten wpis: czy łatwo dostać pracę w Anglii?
Na pewno nie jest tak trudno, jak niektórzy straszą. Oczywiście wszystko zależy od naszych starań, okoliczności i szczęścia, ale jak ktoś choć trochę jest zaradny to na pewno znajdzie cokolwiek na początek, a potem będzie stopniowo zmieniał na coś lepszego. Przynajmniej ja tak robiłam i jestem zadowolona z podjętych decyzji.

Jak macie jakieś pytania to dajcie znać, chętnie odpowiem. Odezwę się wieczorem, bo teraz zmykam... do pracy właśnie ;)

wtorek, 28 stycznia 2014

Biblioteczka rozwoju osobistego - książki warte przeczytania

Bardzo mnie cieszy, że wiele z Was również interesuje się tematami związanymi z rozwojem osobistym, ulepszaniem jakości życia oraz spełnianiem własnych celów.


W tej notce chciałabym zamieścić mój mały zbiór książek i materiałów, które mogę szczerze polecić, które popchnęły mnie do przodu, dodały odwagi i sił do działania. Często do nich wracam – przynoszą mi wiele inspiracji i pomagają odnajdywać własny sposób na życie.



Moją pierwszą książką z tych tematów jest ta o tytule „Praktyczne metody osiągania sukcesów” (M.R. Kopmeyer). Wspaniała „konkretna” książka dla każdego. Podzielona została na 4 rozdziały (Zdobywanie fortuny, Urzeczywistnianie marzeń, Źródła inspiracji, Potęga myśli). Opisywałam ją już w tej notce.



Kolejne 3 książki dotyczą dziedziny finansów. Może mało o tym wspominam na blogu, ale jednym z moich życiowych celów jest osiągnięcie wolności finansowej. Czym ona jest? O tym możecie dowiedzieć się z książek Roberta Kiyosakiego (m.in. „Bogaty ojciec, biedny ojciec”) oraz jego żony Kim („Bogata kobieta”). O „Bogatym ojcu” pisałam już również w tej samej notce.



Książkę "Pomysł do wynajęcia" (pod red. S. Muturi) mogę polecić dla osób, które swoimi finansami zarządzają według zasad „Bogatego ojca” a także są pasjonatami rynku nieruchomości. W książce opisywane są historie ludzi dążących do wolności finansowej poprzez inwestowanie w nieruchomości – i w dodatku w polskich realiach.



Posiadam też 2 książki autorstwa Briana Tracy’ego – odkryłam go kilka miesięcy temu i mogę powiedzieć, że ten człowiek to geniusz „nauczania” motywacji, osiągania celów, samodyscypliny, pewności siebie... Odkąd stosuję się do wskazówek Briana, nie mogę uwierzyć, jak szybko zmienia się moje życie na lepsze. I nie chcę, by to zabrzmiało fanatycznie ;) Tracy to bardzo przyziemny gościu i jego książki są życiowe i konkretne. Tytuły, które posiadam to „Eat that frog” o efektywnym zarządzaniu czasem oraz „Goals” o wyznaczaniu i osiąganiu celów.

Do przesłuchania polecam Wam też nagrania Tracy’ego dostępne w internecie:
„Siła pewności siebie”: część 1, część 2
„Korepetycje z sukcesu” – audycja radiowa / wywiad z Brianem (nagranie rozpoczyna się od 6 minuty)
audiobooki „Psychologia osiągnięć”, „Maksimum osiągnięć” – chomik ;)
 


Nie mogę pominąć jeszcze jednej świetnej (i w dodatku darmowej) książki, a właściwie ebooka. Trafiłam kiedyś na nią przypadkiem w czeluściach internetu, kiedy jeszcze byłam trochę zagubiona, szukałam motywacji do działania – „Sztuka wyznaczania i osiągania celów” (M. Kijak). Wydrukowałam ją, przeczytałam, wykonałam podane ćwiczenia... I tak, zmieniła moje życie. To taki dobry start, bo ta książka to taka skrócona wersja tego, co proponuje Tracy. Książka dostępna np. tutaj.

Sporo tego wyszło, ale chciałam zawrzeć wszystkie ulubione tytuły w jednej notce. Znacie niektóre z tych książek? A może macie jakieś swoje ulubione godne polecenia książki z dziedziny rozwoju osobistego?

środa, 6 listopada 2013

Marzenia się spełniają!

Jeszcze cały czas jestem oszołomiona. Stało się to, co sobie wymarzyłam, wyobraziłam, zaplanowałam, zrealizowałam... I to tak szybko.


Zgodnie z „planem działania” zaaplikowałam do jednej z agencji nieruchomości, gdzie szukali pracowników na weekendy - poszłam tam osobiście z CV i listem motywacyjnym. Potem zadzwonili, zaprosili mnie na rozmowę, pomyślnie ją przeszłam i... dostałam swój „dream job”!

No to teraz mam dwie prace...W Zarze będę musiała poprosić, by zmniejszyli mi ilość godzin na pół etatu, bo inaczej zaharuję się jak wół. Moja managerka nie będzie tym zachwycona, no ale co zrobić :]

Jestem niesamowicie szczęśliwa, ale z drugiej strony stoi przede mną ogromne wyzwanie. Praca w nieruchomościach to ogromna presja na wyniki, konkurencyjne środowisko... przetrwają tylko najlepsi. Wiem, że będę musiała włożyć 100% wysiłku w zdobywanie wiedzy i umiejętności, uczenie się branżowego języka. Powtarzam sobie, że będzie dobrze :) 



Cały czas zagłębiam się też w temat rozwoju osobistego, realizacji celów, wewnętrznej siły. Jestem więcej niż pewna, że bez zdobytej wiedzy i wytrwałego działania obecne rzeczy by mi się nie przydarzyły. Ogromny wpływ miało na mnie nagranie Briana Tracy’ego o pewności siebie (1,5-godzinny wykład możecie posłuchać na YouTube: część 1, część 2, a o samym Brianie wspominałam tutaj). Ja mam te i inne nagrania w formie audiobooków, więc codziennie słuchałam ich po kawałku na spacerach z psem.

A jak już o tym mowa, to na zakończenie wysyłam Wam zdjęcia jesiennej Anglii z naszego ulubionego miejsca na spacery – uwielbiam te widoki. Pa!



poniedziałek, 28 października 2013

O marzeniach, realizacji celów i pracy w Anglii

Jesienne, wietrzne i deszczowe dni skłaniają mnie do refleksji. Ostatnio zauważyłam pewną prawidłowość – jeśli nie mam jakiegoś celu, planu odnośnie do przyszłości – czuję zagubienie i niedosyt. Miałam tak rok temu, kiedy po obronie magisterki nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Wtedy właśnie wymyśliłam sobie emigrację do Anglii.


Ostatnio znowu odczułam potrzebę ułożenia kolejnej części życiowej układanki. Postanowiłam, że będzie to znalezienie pracy w branży, z którą wiążę przyszłość. Moja obecna praca jest w porządku, ale nie pokrywa się z moimi „aspiracjami”. Bardzo chciałabym dostać pracę w agencji nieruchomości, oczywiście tu w Anglii. Na razie tylko jako weekendowy asystent, bo tak najlepiej się tam zaczepić jak się nie ma doświadczenia.


To, co pozwala mi w tej chwili przetrwać i nie bać się wyzwań, to czytanie wielu książek o motywacji, realizacji celów i rozwoju osobistym. Powiem Wam, że naprawdę działają. Tzn. ja działam dzięki nim :) Bez nich prawdopodobnie tylko użalałabym się nad sobą i nad moimi niezrealizowanymi planami, bo mam do tego tendencje...

Już kiedyś napisałam notkę o moich 2 ulubionych poradnikach (klik), teraz jednak odkryłam kolejnego autora, którego prace wręcz pochłaniam - jest nim Brian Tracy (info na Wikipedii o Brianie i jego książkach). W tej chwili słucham jego audiobooka „Psychologia osiągnięć”. Codziennie wieczorem włączam sobie do słuchania jeden rozdział, a rano chodzę jak nakręcona ;)

Poza książkami Tracy’ego pomaga mi też „Sztuka wyznaczania i osiągania celów”. Książka jest darmowa, cały ebook do przeczytania np. tutaj. Ja wydrukowałam ją sobie, wykonuję ćwiczenia tam zawarte i co najważniejsze – działam.


Postępując zgodnie z radami tam zawartymi robię szczegółowe plany i wdrażam je w życie – powyższą kartkę powiesiłam sobie przed biurkiem, żeby nie zapominać, by codziennie robić choć mały krok w kierunku swojego celu.

A Wy lubicie takie poradniki i zagadnienia z dziedziny rozwoju osobistego? Znacie coś godnego polecenia?  Ja muszę przyznać, że jestem na takie książki niezwykle podatna. Dzięki nim często sobie uświadamiam, że „mogę”, „potrafię” i że najwięcej zależy od naszej postawy i pozytywnego nastawienia. Pozdrowienia!

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Na zawodowych rozdrożach

Znowu zastanawiam się, co ze sobą począć. Jak najszybciej muszę zmienić pracę, bo Starbucksa mam już naprawdę dość. Ostatnio uczestniczyłam w rekrutacji do jednej z londyńskich firm, ale odpadłam w finalnym etapie. Zdołowało mnie to, bo wolałabym już odpaść od razu a nie pod sam koniec, kiedy praca była na wyciągnięcie ręki.

Miałam też okazję być w Londynie w dzielnicy szklanych biurowców, gdzie mają siedziby różne największe korporacje. Ogromny kompleks budynków, a pomiędzy nimi zieleń, gdzie pracownicy odpoczywają w przerwie na lunch.


Muszę przyznać, że z jednej strony spodobała mi się ta cała biznesowa, korporacyjna otoczka – ładnie ubrani ludzie z laptopami pod pachą, robiący wielkie kariery i wielkie pieniądze. Ale z drugiej strony – ile czasu, zdrowia i nerwów trzeba poświęcić by coś tam osiągnąć?

Sama nie wiem, czy warto pakować się w taki wyścig szczurów. Pewnie powysyłam jeszcze trochę aplikacji do takich miejsc, ale postanowiłam, że będę też szukać pracy niania lub housekeeper, bo w Londynie stawki dla nich są naprawdę wysokie. 

A tak poza tym to co słychać? Ostatnio moje dni wyglądają tak:


Teraz pracuję głównie na nocne zmiany (22:00-6:00), więc w dzień jestem jak zombie i odsypiam. Mimo wszystko wolę brać nocki, bo są płatne o połowę więcej i nie ma upierdliwej menadżerki.  

Na koniec pokażę Wam, jakie cudo zamieszkało w naszym domu, takiego piesia sprawili sobie moi współlokatorzy:

  


Straszny słodziak :) Przez to jeszcze bardziej tęsknię za moim psiakiem, którego zostawiłam w Polsce. Ale już niedługo też sprowadzam ją tu na Wyspy.

To tyle na dziś, do usłyszenia, a niedługo spodziewajcie się kulinarnego postu. Pa!

sobota, 27 kwietnia 2013

Dlaczego zdecydowałam się na emigrację?

Większość moich rówieśników po studiach (zwłaszcza ci, z którymi skończyłam magisterkę z dziedziny ekonomii) zostało w Polsce i rzuciło się w wir kariery w różnych korporacjach. Znajome osoby czasem mnie pytają, dlaczego nie postąpiłam w ten sam sposób, lecz wyjechałam na przysłowiowy zmywak do Anglii? Napiszę Wam parę moich najważniejszych powodów.

1. Potrzeba zmiany


Odkąd byłam nastolatką po prostu wiedziałam, że kiedyś wyemigruję, nie byłam tylko pewna co do kraju. Nie interesowała mnie wymiana studencka czy wycieczki, po prostu chciałam pracować i żyć na obczyźnie, fascynowało mnie to. Wiedziałam więc, że jak tylko skończę studia to natychmiast wyjadę – tak się też stało.


2. Pieniądze


Nie należę do osób, które twierdzą, że w Polsce nie da się dobrze żyć. Pracując w Polsce niczego mi nie brakowało, starczało mi na przyjemności, byłam też w stanie odkładać sobie co nieco. Ale prawda jest taka, że tu w Anglii jestem w stanie odłożyć kilka razy więcej.


3. Kształtowanie charakteru, nowe możliwości 


Zawsze byłam osobą wrażliwą i dość nieśmiałą, ale obecne otoczenie i radzenie sobie z trudnościami sprawia, że nabieram grubej skóry i pewności siebie. Jeśli chodzi o samą pracę, to mam plany zawodowe odnośnie branży, z którą wiążę przyszłość i która jest tutaj dużo bardziej rozwinięta niż w Polsce. Więc jak już niedługo skończę au pair i będę bardziej dyspozycyjna to będę mogła zacząć działać w tym kierunku.


4. Inny styl życia


Powiem krótko – nie jestem tradycjonalistką. Mam 25 lat, ale nie śpieszy mi się do zakładania rodziny, posiadania dzieci. Nie lubię celebrowania świąt, rodzinnych posiedzeń przy stole. Może kiedyś mi się to zmieni, ale póki co zachodni styl życia jest mi zdecydowanie bardziej bliski.


5. Język

Jak już wiecie, licencjat ukończyłam z filologii, więc mój angielski jest ok. Jednakże pobyt w Anglii, codzienne obcowanie z żywym językiem to niesamowita okazja na szlifowanie swoich umiejętności. Pracując w Starbucksie często zdarza się, że klienci pytają mnie, skąd jestem, bo bardzo podoba im się mój akcent i nie mogą go zidentyfikować. Raz nawet jeden dziadek-Irlandczyk zapytał mnie, czy jestem Angielką :)

Podsumowując: mimo że nie zawsze jest różowo, to nigdy nie żałowałam swojej decyzji o emigracji. Miałam trochę utrudnione zadanie, bo nie mam tu żadnych znajomych czy rodziny, dlatego musiałam wszystko załatwiać na własną rękę i od podstaw. Jak jednak widzicie, wszystko jest możliwe do zrealizowania, więc jeśli ktoś się waha, to naprawdę zachęcam do odważenia się na taki krok. Pozdrowienia :)

wtorek, 2 kwietnia 2013

I tak dzień za dniem...

Jak Wam minęła Wielkanoc? Ja całe święta przepracowałam w Starbaku. Dopiero dziś mam dzień przerwy, ale jutro znowu do pracy na 5 dni z rzędu. Ciężko jest, ale sama chcę tyle pracować. Jeśli chodzi o au pair, to młoda ma teraz half term i wraca do szkoły dopiero 16 kwietnia. Na szczęście hości też mają urlop, więc nie muszę z nią cały czas siedzieć. Uwielbiam ich :)


Obecny czas nie jest łatwy. Wracam z pracy padnięta, mieszkam z bądź co bądź obcymi ludźmi, cholernie doskwiera mi samotność. Ale wiem, że już niedługo, bo mam plany zawodowe, pomysły na życie... strasznie cieszę się, że tu jestem, nigdy tego nie żałowałam. Trzymam się sentencji na obrazku powyżej i tak mija dzień za dniem. 

Notka wyszła trochę osobista, ale musiałam się wygadać, puścić w eter parę przemyśleń :)

PS. Dostaję od Was dużo wiadomości z pytaniami odnośnie au pair. Chciałabym więc napisać notkę (albo nawet nagrać filmik) odpowiadając na Wasze najczęstsze pytania i opisując swoje doświadczenia związane z tym programem. Jeśli więc jest coś, czego chciałybyście się dowiedzieć odnośnie au pair lub życia w UK, to proszę dajcie znać w komentarzach albo mailu – uwzględnię to w notce/filmiku.

wtorek, 19 marca 2013

Praca, praca... a na osłodę zakupy :)

Witam Was po trochę dłuższej niż zwykle przerwie. Poprzedni tydzień był naprawdę pracowity. Prawie 30 h w Starbucksie plus oczywiście opieka nad młodą.

Pytacie się, jak w nowej pracy. Powiem Wam, że jest cholernie ciężko. Lokal jest całodobowy i ciągle „busy”. Robię już wszystko, zależnie od zmiany na jakiej jestem: zmywak, robienie kaw, obsługa kasy. Główna menadżerka jest bardzo wymagająca i wiecznie z czegoś niezadowolona. Przez pierwszy tydzień nie wytrzymywałam presji  - codziennie po pracy ryczałam i chciałam rezygnować :) Na szczęście inni pracownicy są naprawdę super, bardzo pomocni i przyjacielscy. Zwłaszcza pewna pracująca tam Polka. Ewa niesamowicie mi pomogła, dużo ze mną rozmawiała, wspierała na duchu i to dzięki niej udało mi się przetrwać najtrudniejsze chwile. Teraz zaczęłam już trzeci tydzień i podchodzę do wszystkiego na luzie - tym bardziej, że i tak nie planuję swojej kariery w Starbaku i pewnie posiedzę w nim tylko do wakacji.

No ale nic, póki co zagryzam zęby i biorę jak najwięcej godzin (powyżej pół etatu), bo napędza mnie fakt, że wszystko co zarabiam mogę sobie odkładać.

A czasem (bo nie samym oszczędzaniem człowiek żyje) udaje mi się wyskoczyć do drogerii czy perfumerii na małe co nieco :) Z ciekawszych zakupów - nabyłam ostatnio planowany róż:

Zdecydowałam się na Estee Lauder Pure Color Blush, odcień Sensuous Rose. Kolor pomiędzy różem a brązem. 

Dostałam w paczce z Polski kilka moich ulubionych kosmetyków, które mi się skończyły i są w Anglii niedostępne:

Z Rossmanna mój ulubieniec szampon Babydream (używam go też do mycia pędzli) oraz pasta Elmex, a z Leclerca krem nawilżający Corine de Farme (tutaj recenzja). Oj, brakuje mi czasem Rossmanna czy „polskich” hipermarketów, właśnie ze względu na dostępne tam kosmetyki, do których mam sentyment.

To chyba tyle na dziś - pozdrawiam Was serdecznie i do usłyszenia wkrótce :)

wtorek, 26 lutego 2013

Koniec laby - będę sprzedawać kawę :)

Nie pisałam o szczegółach wcześniej, gdyż nie chciałam zapeszyć, ale teraz już mogę Wam napisać. Znalazłam dodatkową pracę - w ciągu tygodnia od złożenia pierwszej aplikacji. Uśmiecham się do siebie, bo wiele osób mi mówiło, że “teraz to już z pracą na Wyspach nie tak łatwo i nie nastawiaj się, że cokolwiek znajdziesz”. W zeszły poniedziałek złożyłam aplikacje do 2 kawiarni i z obu tych miejsc się do mnie odezwali. W jednej niestety nie byłabym w stanie dopasować się do ich systemu zmian (koliduje mi to z pracą au pair), ale w drugim miejscu godzinowo mi odpowiada.

Jako że jest to Starbucks, czyli typowa sieciówka, to musiałam przejść wszystkie procedury rekrutacyjne według ich schematu. Miałam najpierw rozmowę z ok. 15 pytaniami behawioralnymi,  a następnie 2 godziny próbne. Te godziny próbne to był dla mnie horror :) Byłam od razu wrzucona na głęboką wodę i musiałam wykonać różne zadania, w dodatku nie mając żadnej asysty, a ciężko było zapamiętać naraz wszystkie rzeczy, np. co gdzie jest, jak się obsługuje ich zmywarkę itp. Najtrudniejsze były dla mnie zadania nazywane przez nich “connecting with people”, np. zadanie polegające na zagadywaniu klientów czekających na kawę. Oczywiście będąc absolwentką filologii nie mam bariery językowej, ale za to mam barierę psychologiczną, bo jestem dość nieśmiała, a polityka Starbucksa nakazuje ciągłe zagadywanie klientów i nawiązywanie z nimi jak największego kontaktu. No ale przyzwyczaję się, poza tym wyćwiczenie socjalnych umiejętności i zwiększenie pewności siebie na pewno przyda mi się na przyszłość.


Wiadomo, kiedyś poszukam czegoś bardziej rozwojowego i w interesującej mnie branży, ale póki jestem au pair, to taka praca będzie dla mnie idealna. W przyszłym tygodniu mam szkolenie no i koniec laby – będę part-time barista :)

piątek, 7 grudnia 2012

Au pair po raz czwarty

Tak jak obiecałam, opiszę Wam, jakie to zmiany się szykują. Odkąd skończyłam studia, strasznie zaczęłam się tu w Polsce „dusić”. Już kiedyś pisałam, że ogarnia mnie rutyna i potrzebuję zmiany.
Jak już część z Was wie, byłam 3 razy wakacyjną au pair. Pierwszy raz pojechałam w 2006 roku do Luksemburga, zaraz po maturze. Potem w wakacje 2008 i 2010 roku byłam au pair w Irlandii. Wszystkie wyjazdy załatwiałam sobie sama przez darmowe portale internetowe dla au pair i rodzin goszczących.

źródło: tumblr

No i znowu zachciało mi się takiego wyjazdu - i to na trochę dłużej (6-12 miesięcy). Tym razem za cel obrałam sobie Anglię. Jako że mam doświadczenie w opiece nad dziećmi i byłam już trzykrotnie au pair, dostaję sporo aplikacji od rodzin. Nie jest to jednak aż takie proste, bo zależy mi na takiej rodzinie, która:
- mieszka w Londynie lub w jego bliskiej okolicy
- nie ma full dzieci (góra dwójka albo jakieś starsze)
- płaci przyzwoite kieszonkowe  
- ma rozsądne wymagania wobec au pair (patrząc na niektóre profile rodzin dochodzę do wniosku, że niektórzy szukają niewolnika a nie au pair)
- w pobliżu jej miejsca zamieszkania jest jakaś siłownia cobym mogła do niej uczęszczać
- ja z kolei za to nie wymagam kursów językowych (jestem po filologii)

Przez ostatnie 2 tygodnie korespondowałam już z kilkunastoma rodzinami oraz miałam 2 rozmowy na Skype. Póki co przypadły mi do gustu 2 rodzinki (i ja też im się podobam). Obie szukają au pair, która by mogła przyjechać pod koniec grudnia / na początku stycznia:

RODZINA A –mieszkają w Londynie, 5 min. od stacji metra (ale dość odległa strefa), 2 dziewczynki: 3 i 7 lat, pokój au pair i jej łazienka jest w osobnym budynku, mają basen w ogrodzie i siłownię w domu, praca przez 3 dni w tygodniu (wtorek, środa, czwartek) + 2 babysittingi. Obowiązki to zajmowanie się dziewczynkami, odwożenie ich do szkoły, przygotowywanie posiłków, drobne prace domowe itp.

RODZINA B –mieszkają tuż pod Londynem, 1 dziewczynka (9 lat), praca od poniedziałku do piątku, głównie zawożenie jej do szkoły i na lekcje jazdy konnej oraz opieka nad psem, dają au pair samochód i opłacają paliwo, są Niemcami – mówią po angielsku i niemiecku – to dla mnie interesująca oferta, bo bardzo chciałabym odświeżyć mój niemiecki (odkąd skończyłam studia lic. używam go tylko udzielając korków, więc mój poziom trochę się obniżył). Poza tym dziewczynka jest w szkole od 8 do 16:30, więc miałabym większość czasu wolnego (zaproponowali, że mogą pomóc mi znaleźć jakąś dodatkową pracę, gdybym chciała sobie więcej zarobić).

Obie rodziny mi się spodobały, ale raczej będę się skłaniała ku rodzinie B, bo wolę starsze dzieci (poza tym to tylko jedno dziecko a nie dwójka) i oferują samochód, ale w rodzinie A kuszą mnie 4 dni wolne, pokój w osobnym budynku i ta domowa siłownia. Dziś wieczorem będę rozmawiała z rodziną B na Skype, więc zobaczymy co z tego wyjdzie. Poza tym rodzina A dostała więcej aplikacji, więc i tak nie ma pewności czy akurat mnie wybiorą.

Jeśli z żadną z tych rodzin nie wyjdzie to będę szukała dalej, ale jeśli nie znajdę nic interesującego do końca grudnia to mam alternatywny plan na wyjazd do Londynu :) Ale na razie będę szukam au pair. Trzymajcie kciuki!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...